poniedziałek, 13 listopada 2017

Noc generała, Gabriel Mérétik

Książka Mérétika ma status klasyka, ale nie da się ukryć, dzisiaj już mocno przebrzmiałego, tak już zresztą było gdy książka się ukazała, osiem lat po wydarzeniach które opisuje ale wówczas niesiona była na fali wolności i odreagowania lat skrępowania cenzurą. A przecież wydawałoby się, że jej temat, wprowadzenie stanu wojennego w Polsce, to samograj. Niby tak a jednak coś tu nie gra. Nie zmieniają tego nawet "sensacyjne" wątki w rodzaju kompromitującej postawy prymasa Glempa wobec stanu wojennego, przemilczeniu przez Amerykanów wcześniejszej wiedzy na jego temat czy obojętności zachodnich dyplomacji. Lidia Ostałowska we Wstępie do "Nocy generała" informuje o pracy jaką musiał wykonać Mérétik ale jej efekt dzisiaj wcale nie poraża.


Dlaczego? chyba dlatego, że "Noc generała" kładzie nacisk na aspekty, które czytelników "średnio" interesują. Cóż ciekawego jest w problemach francuskich dziennikarzy i dyplomatów w Polsce, którzy nie mogą zorientować się w tym, co się dzieje w nocy z 12 na 13 grudnia 1981 roku i poinformować swoich chlebodawców, albo problemy Alexandra Haiga. Mérétik "jedzie" Kapuścińskim, że tak powiem, znalazł się w egzotycznym kraju i opisuje jego życie polityczne.

Jeśli ktoś interesuje się polityką, pewnie go to zainteresuje ale jeśli interesuje go obraz społeczeństwa polskiego, to może być rozczarowany. Książka Mérétika jest spojrzeniem na polityków, ludzi zaangażowanych w politykę w Warszawie, Gdańsku czy Wrocławiu, ale jeśli będzie chciał wiedzieć jak wyglądał stan wojenny widziany oczyma zwykłych Polaków, zwykłych ludzi dla którzy, musieli stać w wielogodzinnych kolejkach, martwić się czy będą mogli wykupić kartki, którzy paradowali z koralami z papieru toaletowego, który właśnie "rzucili", a którego faktura zbliżona była bardziej do papieru ściernego niż tego co można dzisiaj kupić, bardzo się rozczaruje.  

Mérétik wspomina o kierowcy, który gdy milicja przyszła go aresztować w środku nocy obudził dzieci by nigdy o tym nie zapomniały ale już nie wspomina, o tym co czuła żona tego człowieka i żony i dzieci innych aresztowanych, do których mieszkań wyważono drzwi by zabrać mężów i ojców do więzienia. Co oni czuli, zostając sami i niemający do kogo zwrócić się o pomoc? Tego z "Nocy generała" się nie dowiemy, tak jak nie dowiemy się, jak wyglądało wprowadzenie stanu wojennego w prowincjonalnych miasteczkach czy na wsiach. A to Polska właśnie, a nie Lenigrad i Waszyngton. Gabriel Mérétik zaserwował za to czytelnikom obrazek, w którym ówczesna wicemarszałek Sejmu Halina Skibniewska roni krokodyle łzy nad losem obywateli i ojczyzny. Chciałoby się zapytać, a co pani marszałek robiła będąc posłem na Sejm od 1965 roku, w roku 1970 czy 1976? Gdzie była, gdy w latach 70-tych zamykano w więzieniach ludzi tylko dlatego, że ośmielili się mieć inne zdanie niż władza i upomnieli się o swobody, które są dla nas oczywiste i bez których nie wyobrażamy sobie życia?

Nie da się też ukryć swoistego frankofilstwa książki, nadreprezentacji wrażeń Francuzów, tych którzy byli wówczas w Polsce obecni i ówczesnych decydendów francuskiej polityki. Rzuca się to w oczy bo Mérétik wspomina o symetrii. To jakoby dla jej zachowania w książce nie ma głosu Lecha Wałęsy, ponieważ Wojciech Jaruzelski odmówił spotkania z Mérétikiem, więc przewodniczący Solidarności nie miałby przeciwwagi. Ale to mało przekonujący argument bo książka oparta jest z definicji na braku proporcji - głosów polityków Zachodu nic przecież w "Nocy generała" nie równoważy. Wychodzi na to, że jej największą wartością jest tytuł, który stał się synonimem 13 grudnia 1981 roku.  

piątek, 3 listopada 2017

Ignorancja na salonach czyli "Serce ciemności" spolszczone przez Jacka Dukaja

Nie często mi się zdarza bym odstępował od lakoniczności tytułu postu, który ogranicza się do tytułu książki i nazwiska autora. Jednak tym razem ręka mi zadrżała, gdy miałem postawić przy potworku napisanym przez Jacka Dukaja nazwisko Josepha Conrada. Wydawnictwu Literackiemu, które stoi za tym nawet się specjalnie nie dziwię - w końcu ma przynosić właścicielom pieniądze a fakt, że wydało nawet coś takiego jak "Kroniki Ferrinu" Katarzyny Michalak wiele znaczy. Zagadką jest jakim cudem "Serce ciemności" znalazło się na Festiwalu Conrada (choć może to i dobrze, bo chyba po raz pierwszy od inauguracji imprezy pojawił się punkt programu bądź co bądź jednak jakoś związany z Conradem).


Może organizatorzy targów dali się złapać na lep specjalistów od marketingu z WL, którzy czytelników książki uraczyli dylematem "Jaka jest dziś rola literatury transferu przeżyć? Jak dokonać masowej transfuzji Conradowej ciemności do serc współczesnych czytelników? (...) To nie translacja, to nie trans-fuzja." Nie podejmuję się wyjaśnienia, co się kryje za tym bełkotem, ale niech tam, może się nie znam, może coś ze mną jest nie tak, zwłaszcza że nie bardzo też wiem o co chodzi Autorowi, który zapewnia "nie jestem tłumaczem. Jestem autorem Josepha Conrada piszącego Heart of Darkness dla dwudziestopierwszowiecznych polskich czytelników".

Kupiłem więc i przeczytałem. Muszę przyznać, że Jacek Dukaj rzeczywiście dokonał transferu przeżyć, choć chyba nie chodziło mu akurat o takie przeżycia jakich ja doznałem. Zaserwował w najlepszym razie ciekawostkę literacką (tak być może określiła by to jakąś litościwa blogerka "współpracująca" z Wydawnictwem Literackim) ale w rzeczywistości jest to tandetna szmira pisana w modnym dzisiaj stylu świętującym triumfy u takich mistrzów pióra jak Szczepan Twardoch czy Elżbieta Cherezińska, skierowana do gimbazy z intelektualnymi pretensjami, że tak powiem, której miałoby to dać poczucie, że poznała opowiadanie Conrada.

Ale to wielkie nieporozumienie. Niech nikogo nie zmyli określenie zamieszczone na okładce, informujące że tekst Jacka Dukaja jest spolszczeniem tekstu autora "Jądra ciemności". Otóż nie jest to żadne spolszczenie a określenie to udowadnia jedynie, że nie rozumie on (i redakcja wydawnictwa) znaczenia słowa "spolszczyć". A wystarczy tylko zajrzeć do słownika języka polskiego. Żeby było wiadomo o czym mowa, mała próbka - fragment z tłumaczenia Anieli Zagórskiej w opracowaniu Zdzisława Najdera -

"Pielgrzymi siedzieli w jadalni przy obiedzie: zająłem swoje zwykłe miejsce naprzeciw dyrektora, który podniósł na mnie pytający wzrok; zignorowałem go najzupełniej. Wówczas rozparł się w krześle z pogodą na twarzy i tym szczególnym uśmiechem, pieczętującym bezdenną głębię jego podłości. Nieustanny deszcz drobnych muszek spływał na lampę, na obrus, na nasze ręce i twarze. Nagle boy dyrektora wetknął przez drzwi bezczelną, czarną twarz i powiedział tonem obelżywej pogardy:
- Pan Kurtz... on umrzeć."

I dla porównania "spolszczenie" Jacka Dukaja -

     "Jedzą w mesie parowca. Siadam naprzeciw Menadżera; zerka na mnie pytająco, a na wargach wije się mu ten Menadżerowy uśmieszek, rebus głębokodusznych podłości.
       Muchy, muchy wibrują wokół lampy, muchy na ubraniach, muchy na twarzach. 

     Naraz służący Menadżera, czarny chłopak wyszkolony przezeń w salonowych impertynencjach, pakuje do środka swą hebanową głowę i - jakby odpluł żrącą flegmę pogardy:
       - Pana Kurtza - jego zdechło."

To nie jest jakoś specjalnie wybrany fragment, cała książka Dukaja ma się do opowiadania Conrada tak jak te fragmenty do siebie. Czym więc jest tekst Jacka Dukaja? - jak dla mnie jest to opowiedziane własnymi słowami "Jądro ciemności", zmanierowanym stylu mającym sprawiać na czytelnikach wrażenie intelektualnej głębi. Ale tu nie ma żadnej głębi - jedynie mielizna. Płyta paździerzowa pokryta cienką warstwą politury i to też w kiepskim gatunku. w stylu dobranymi do zakładanego przez Jacka Dukaja potencjału intelektualnego czytelników. Jackowi Dukajowi wyszedł rodzaj bryku - czytelnik dowiaduje się o co mniej więcej chodzi ale ma to podane na tacy, taka wersja "dla słabszych" by nie powiedzieć, że dla bardzo słabych.

Dzięki Nai z "Literackich skarbów świata całego" dowiedziałem się, że to wszystko przez "styropian językowy" przekładu Anieli Zagórskiej (swoją drogą, cóż za dezynwoltura w ocenie zasłużonej tłumaczki). Fakt, jej przekład daleki jest od doskonałości ale ciągle ten w wersji opracowanej przez Zdzisława Najdera pozostawia w pobitym polu nowsze przekłady Magdaleny Heydel, Patrycji Jabłońskiej, Barbary Koc, Jędrzeja Polaka, Ireneusza Sochy. Żaden z nich nawet nie zbliża się do niego jeśli chodzi o mroczny klimat "Jądra ciemności". Jak dowiedziałem się z okładki "Serce ciemności" jest "Projektem-obsesją, wyzwaniem, które prześladowało Jacka Dukaja od kilkunastu lat, a zarazem testem ekstremalnym przekładalności prozy i przeżycia". Ciekawe co będzie następnym "testem przekładalności prozy i przeżycia" - może "Braci Karamazow" w młodzieżowym slangu. Dwudziestopierwszowieczny czytelnik czeka. To dopiero będzie "trans-fuzja". 

czwartek, 2 listopada 2017

Adelo, zrozum mnie!, Edmund Niziurski

Po "Naprzód Wspaniali" i "Awanturach kosmicznych" przyszła wreszcie pora na trzecią część trylogii odrzywolskiej. Sięgałem do niej (korzystając, jak zwykle, z pretekstu przekazywania pałeczki w sztafecie pokoleń) z "pewną taką nieśmiałością" bo jakoś zupełnie jej nie pamiętałem i obawiałem się jakiegoś niewypału. Na szczęście moje obawy okazały się mocno na wyrost. Nie powiem co prawda, by Mistrz był w najwyższej formie ale i tak jest nieźle, znacznie powyżej średniej krajowej. 


Pewnie, można się do niejednej rzeczy przyczepić - jakim cudem w mieście, w którym są tylko dwie szkoły podstawowe na miejscowym stadionie zbiera się dwadzieścia tysięcy kibiców? Albo pomysł z przemianą karawanu w autobus weselny, równie głupawy co "As" z "Pana Samochodzika i zagadek Fromborka" Nienackiego. Wózek, którym chłopaki wiozą najpierw Cypka a potem Renatę jakoś dziwnie przypomina wózek, na którym Piraci wieźli Bosmana, a ulica Boleść ulicę Zapłotkową. Ale to szczegóły, na które pewnie czytelnicy należący do "grupy targetowej" nie zwracają uwagi. Tak jak zapewne nie "dekodują" znaczenia epizodów związanych z uboczną działalnością szpitalnej pralni, które dla starszych czytelników są oczywiste.

Są to jednak wszystko kwestie uboczne, nie na tym polega atrakcyjność książki dla współczesnych rówieśników Tomka Okista i Zyzia Gnackiego (o ile w ogóle jest dla nich atrakcyjna). Nie chodzi też o przygody i komplikowanie sobie życia, choć oczywiście nie jest to bez znaczenia, ale ważniejsze jest, że w "Adelo, zrozum nie!" Niziurski wyszedł daleko poza ściśle przygodowe opłotki i przedstawił początek dojrzewania. To dla głównego bohatera i narratora zarazem, trudna pierwsza lekcja. Ten chłopak mimo wszystkich swoich wad; budzi przecież sympatię i chyba paradoksalnie właśnie dzięki nim. Nie ma co się oszukiwać; tchórzostwo, kłamstwo, dwulicowość to nie jest coś co jest mu obce, a tę listę dałoby się jeszcze wydłużyć. Na szczęście, z drugiej strony mamy walczące o lepsze lojalność, szczerość i przyjaźń. Mieszankę, dzięki której robi się bardziej życiowy i bliższy czytelnikowi. Kto z nas nie dał się kiedyś namówić przyjacielowi, koledze do czegoś, czego później żałował? Kto z nas nie usiłował wykręcić się od konsekwencji domowych czy szkolnych przewin, pakując się w większe tarapaty? Tomek jest tym, który ciągle ma pod górkę, a przecież chce dobrze. Brzmi znajomo - samo życie.

Co jest w życiu nastolatka ważne - przyjaźń i pierwsza miłość. To odkrywanie świata, kiedy podaje się serce na dłoni wierząc, że z drugiej strony spotka nas to samo. Cóż za naiwność, witamy w świecie dorosłych! Ci bardziej "dojrzali" wiedzą co jest grane. Już szykują się do przepychania się przez życie łokciami, nie patrząc na innych. C'est la vie! A naiwniacy zostają ze zranionym sercem i bolesną nauką. Prawda o przyjacielu i prawda o pierwszej miłości. Niziurski niczego nie oszczędził swemu bohaterowi. Co z tego, że racjonalizuje swój stan - rozum swoje a serce swoje, to nie takie proste wyleczyć się z marzeń, które miało się za rzeczywistość. Ale czas zrobi swoje i będzie lepiej, szczerze w to wierzę, choć my już tego z książek o Tomku Okiście się nie dowiemy. Szkoda.

sobota, 28 października 2017

Czy to jest człowiek, Primo Levi

Pisanie o książkach należących do literatury obozowej zawsze stanowiło dla mnie problem. Chodzi o znany problem, a mianowicie nieadekwatność języka. Jak odnieść się do autentycznych przeżyć ludzi, którzy mają za sobą doświadczenia obozów koncentracyjnych. Zwykłe pojęcia opisu wydają się nie na miejscu - co można powiedzieć o wrażeniu jakie robi relacja kogoś, kto spożywał posiłek siedząc na zwłokach współwięźnia? Ale przecież nie sposób jednak uciec od oceny takiej literatury. Jedne książki są bardziej interesujące, inne mniej, jedna są ciekawsze (och, znów ten problem odpowiedniego języka) inne niespecjalnie. Do tej pierwszej kategorii należy książka Primo Levie'ego, pozostającego u nas w cieniu Borowskiego i Szmaglewskiej.


Nie wiem czym tłumaczyć ten fakt, bo z pewnością "Czy to jest człowiek" nie jest książką gorszą (znowu język) niż "Dymy nad Birkenau". Może ktoś kiedyś uznał, że wspomnienia włoskiego Żyda nie wnoszą niczego nowego skoro także i Polacy byli więźniami Oświęcimia. Może uznano, że wystarczające będzie, jeśli to Polacy a nie Żydzi będą przedstawiali swoje przeżycia. Dość wspomnieć sławetne uzupełnienie do hasła "obozy koncentracyjne hitlerowskie" dołączone do IX tomu "Wielkiej encyklopedii" PWN. Jakby nie było wspomnienia Levi'ego, podobnie jak Abrahama Kajzera doczekały się PRL-u tylko jednego wydania. Na pierwszy rzut oka nie ma w "Czy to jest człowiek" niczego nowego, niczego czego nie można by znaleźć u klasyków literatury obozowej. Nawet to, że Levi miał status muzułmanina i będąc Żydem, niejako z definicji był skazany na śmierć a zatem perspektywa z jakiej obserwował i uczestniczył w obozowym życiu była bardzo drastyczna, tego faktu nie zmienia.

Tym, co wprowadza nową jakość, jest kwestia jaką postawił w tytule. Bo to wbrew temu co się może wydawać to nie jest pytanie. Levi stawia doświadczenie obozowe w perspektywie, że tak powiem, ontologicznej. Chce przedstawić niezrozumienie faktu, że ktoś z powodów zupełnie od siebie niezależnych, na które nie ma żadnego wpływu, jest skazany na śmierć. Nie chodzi o kolor włosów, kształt nosa i uszu, język czy wyznanie, zawód albo stan cywilny. To wszystko można zmienić albo próbować zmienić ale to nie ma żadnego znaczenia.

Człowiek nagle dowiaduje się, że jest niczym, że zupełnie się nie liczy. Że jego życie nie stanowi żadnej wartości, że nie jest nawet przedmiotem, bo przedmiot przedstawia jakąś wartość tymczasem okazuje się, że ludzkie życie jej nie ma. Staje wobec faktu, że ktoś, gdzieś zadekretował, że człowiek nie jest już człowiekiem. Nie mniej zaskakujące jest to, że tę degradację akceptują nie tylko ci, którzy są jej autorami i ci, którzy stoją po ich stronie ale także ci, którzy sami stali się ofiarą prześladowań a wreszcie także, ci których ta degradacja dotyczy. Zdecydowano, że nie ludzie nie są ludźmi więc inni nie traktują ich jak ludzi. Sprowadzono ich do statusu jahusów i zaczynają się zachowywać jak jahusowie. "Człowiekiem jest ten, kto zabija, człowiekiem jest kto popełnia niesprawiedliwość lub ulega jej; nie jest człowiekiem ten, kto zagubiwszy wszelkie hamulce wewnętrzne, dzieli łóżko z trupem. Kto czeka, aby jego sąsiad umarł nareszcie, aby zawładnąć jego ćwiartką chleba, jest - nawet bez własnej winy - bardziej obcy pojęciu myślącego człowieka niż nieokrzesany Pigmej lub najokrutniejszy sadysta." To niewyobrażalny upadek, nie ma mowy o ludzkiej godności ale co z tego jeśli alternatywą jest tylko śmierć. Jej znaczenia i ważności nie da zanegować także i dla podludzi.

Swoją drogą, to ciekawe, że człowiek który padł ofiarą rasistowskiej segregacji sam odwołuje się do rasistowskich podziałów sytuując Pigmejów jako stojących niżej od ludzi myślących, a to przecież ludzie myślący, przedstawiciele narodu Goethe'go, Kanta i Hegla sprawili, że znalazł się w Oświęcimiu, a jego właśni pobratymcy w trosce o własne życie, wraz z nimi spychali go na dno.

Jak można uznać, że człowiek to nie człowiek, a jeszcze trudniej zrozumieć jak ta aberracyjna decyzja może być akceptowana. Jak człowiek zostaje zdegradowany do rangi istoty spełniającej czynności fizjologiczne budzi w najlepszym przypadku obojętność a zwykle wrogość jako coś niższego rzędu i jak koło się zamyka, bo skoro jest czymś podrzędnym, to nie traktuje się go jak człowieka. Co może wyrwać z tego błędnego koła - tylko drugi człowiek. 

sobota, 21 października 2017

J. R. R. Tolkien, Biografia. Humphrey Carpenter

Nie będę ukrywał, mój zachwyt nad "Hobbitem" i "Władcą pierścieni" z wiekiem osłabł, trudno zresztą by taki "stary koń" jak ja ciągle zachwycał się baśniami, nawet w takim rozmachu z jakim z jakim stworzył je Tolkien. Ale pozostały ciągle urokliwymi powieściami o przyjaźni, wytrwałości, odwadze i poświęceniu równie dobrymi dla "młodszej młodzieży", jak i dla dorosłych, w których drzemią jeszcze resztki chłopca marzącego o przygodach i kiedy jakiś czas temu czytałem "Hobbita" synowi, okazało się, że upływ lat nie miał dla powieści żadnego znaczenia i książka działa na wyobraźnię także w wieku XXI, w erze iphone'ów i "strzelanek". 


Książka Carpentera jest dla takich czytelników, którzy powieści o Śródziemiu wspominają z sentymentem i nie mają wielkiego pojęcia o ich autorze. Ja wiedziałem o nim tylko tyle, że był przyjacielem C. S. Lewisa ale jakoś przestało mi to wystarczać. Jeśli więc oczekuje się czegoś więcej niż w wikipedii a jednocześnie chce się uniknąć naukowej kolubryny, to książka jest akurat. Nie bez znaczenia jest zapewne i jej styl (a może jest to zasługa tłumaczki Agnieszki Sylwanowicz), sprawiający, że książka nie nuży, choć na pierwszy rzut oka miała by prawo.

Cóż może być bowiem interesującego w życiu oksfordzkiego profesora staroangielskiej literatury, specjalisty od dzieł, których istnienia nawet nie podejrzewamy, może poza "Opowieściami kanterberyjskimi", "Beowulfem" i opowieściami arturiańskimi. Żadnych ekscesów, skandali i romansów. Jedna żona - kobieta, w której kochał się od młodzieńczych lat. Nawet jego udział w wojnie (pierwszej) nie jest zbyt efektowny, parę dni na froncie i kolejne pobyty w szpitalach, żeby chociaż był ranny. Tak, zdecydowanie pierwszorzędny materiał na nudę. I jeszcze to hobby Tolkiena. Pomyśleć tylko, dorosły, poważny, żonaty i dzieciaty człowiek, profesor jednego z najsłynniejszych uniwersytetów świata, zajmuje się tworzeniem własnej, jak to określa Carpenter, mitologii. Tworzeniem nowego, wymyślonego od początku do końca świata. Nie do pomyślenia. Czemu ma to służyć? Oderwaniu się od rzeczywistości od pracy, od rodziny? Ileż tu pary poszło w gwizdek, na wymyślanie jakiegoś języka, którym mają posługiwać się bohaterowie książki, na wyjaśnianie "historycznych" szczegółów, świata w którym żyją.

To jest właśnie w dziele Tolkiena fascynujące, stworzenie kompletnego, nowego świata, w którym liczą najmniejsze drobiazgi. Owszem, można w nim znaleźć przebłyski realnego świata i średniowiecznej literatury ale w żaden sposób nie umniejsza to oryginalności dzieła jego życia. Oczywiście nie mogło w biografii zabraknąć historii tworzenia dzieła życia Tolkiena i jasne się staje skąd wzięła się taka różnica jakościowa pomiędzy "Władcą pierścieni" a innymi książkami fantasy.

Jest oczywiste, że Carpenter darzy swego bohatera sympatią (co najmniej) bo da się wyczuć, że dostrzegając u niego skazy, to choć je wskazuje, niespecjalnie je drąży, jakby z obawy, że mogą wyjść na jaw nieprzyjemne cechy charakteru. "Miękko" zarysowane zostało jego życie rodzinne, choć z biografii jasno wynika, że dla żony Tolkiena było ono dalekie od ideału, podobnie Carpenter nie rozdrapuje ran związanych z ochłodzeniem się przyjaźni z C. S. Lewisem. Ale być może to taka autorska maniera bo bez wielkich emocji opisuje też nie najłatwiejsze dzieciństwo i młodość Tolkiena, pozostającego w gruncie rzeczy na łasce obcych mu ludzi.

Pewnie tolkienolog mógłby być nieusatysfakcjonowany biografią Carpentera ale dla mnie jako dla laika jego książka jest akurat.

czwartek, 19 października 2017

Perswazje, Jane Austen

Nie będę ukrywał - do ponownej lektury "Perswazji" zdopingowała mnie Marta z "Leżę i czytam". To co przeczytałem u niej na temat ostatniej powieści Jane Austen sprawiło, że zwątpiłem w swoją pamięć, bo zapamiętałem książkę jako nudny jak flaki z olejem, schematyczny romans z życia angielskiego ziemiaństwa z początków XIX wieku. Przeczytałem więc "Perswazje" ponownie i okazało się, że pamięć mam bardzo dobrą. Nic się nie zmieniło.

Rozumiem oczywiście, że książka podoba się paniom - nic w tym dziwnego, wszak jej tematem jest miłość, a w finale główna bohaterka (nie tylko zresztą ona) osiąga cel życiowy i wychodzi za mąż. Okazuje się, że dwa stulecia, feminizm i gender w gruncie rzeczy niewiele zmieniły. Świat nie zmienił się tak bardzo i romanse ze szczęśliwym zakończeniem ciągle są w cenie.


Pozostaje natomiast zagadką dlaczego "Perswazje" miałyby być uznane za najwybitniejszą powieść Austen. Na czym miałaby polegać ta wybitność? Na pewno nie na tematyce i sposobie jej potraktowania. Nie ma tu nic nowego w stosunku do wcześniejszych powieści Austen, to samo tło, wiejskie dwory, przejażdżki, wizyty i to samo towarzystwo. Podobno wyróżniają się "subtelnym i wnikliwym rysunkiem psychologicznym głównej bohaterki" - czyżby? Nie dajmy sobie wciskać ciemnoty w biały dzień i spróbujmy przyjrzeć się Annie Elliot, dwudziestosiedmioletniej pannie, która w wieku dziewiętnastu lat "odpaliła" narzeczonego za namową przyjaciółki rodziny, robiąc to zresztą dla jego dobra (sic!). Na czym polegało dobrodziejstwo zerwania zaręczyn dwojga kochających się młodych ludzi pozostanie na zawsze tajemnicą Anny i Jane.

Lata mijają ale panna Elliot niewiele zmądrzała. Ewidentnie ma problem bo historia sprzed ponad siedmiu ciągle się w niej jątrzy.Można zrozumieć, że w jej ograniczonym światku trudno znaleźć sobie jakieś zajęcie, które pozwoliłoby zapomnieć o problemach (ciekawe, czemu Anna nie poświęca na przykład czasu ubogim), a romantyczne wzorce literacki, którymi napakowała sobie głowę niekoniecznie muszą sprawdzać się życiu. Stąd pustką i jałowością życia można tłumaczyć fakt, że przeżywa perspektywę spotkania z ex-narzeczonym. Bądźmy jednak szczerzy, cóż to za perspektywa?! - wszak ona będzie mieszkała już zupełnie gdzie indziej, a i wcale nie jest takie pewnie kiedy i czy w ogóle on przyjedzie. No, ale jeśli posiada się wrażliwość mimozy...

Zaraz, zaraz, jaka wrażliwość mimozy?! Przecież bez problemów mieszka w domu mężczyzny, któremu też dała kosza, a który w dodatku ożenił się z jej młodszą siostrą. Tu Anna okazuje stoicki spokój nie dostrzega, hm, pewnej niezręczności sytuacji. Ale na tym może właśnie ma polegać "subtelność i wnikliwość rysunku psychologicznego głównej bohaterki".

Albo znajomość ludzkich charakterów i stosunek do ludzi. Niech języczkiem u wagi będzie pani Clay, której Anna nie znosi. Co ma jej do zarzucenia - o, bardzo poważne wady. Otóż pani Clay, ma za sobą nieudane małżeństwo, dwójkę dzieci a na dodatek piegi, grube przeguby i wystający ząb. Ciężka sprawa (ale chyba nie musiało być źle, skoro niezorientowana w sympatiach i antypatiach Anny, pani Smith twierdzi, że pani Clay jest ładna), no i nie zapominajmy, że jest miła dla wszystkich. Najważniejsze jednak, i to jest jej główna wada - ciąży na niej podejrzenie, że chciałaby wyjść za mąż za ojca Anny. Grzech nie do wybaczenia! Co prawda nie ma na to żadnych dowodów ale już same podejrzenia wystarczą by ją za to znielubić. Jak ona śmiała! Nie wątpię, że to jeden z rysów "subtelnego i wnikliwego rysunku psychologicznego głównej bohaterki".

I można tak jeszcze, jeszcze. Nie wiadomo, czy śmiać się czy płakać, gdy Anna zestawia swoją sytuację z położeniem Jamesa Benwicka. Ona wiele lat temu dała kosza narzeczonemu, jemu kilka miesięcy temu zmarła narzeczona, prawda jakie adekwatne zestawienia. Nie miejmy złudzeń, które z nich może czuć się gorzej, przecież Anna to rozstrzygnęła "on nie ma chyba w sercu większej żałości niż ja. (...) Otrząśnie się jeszcze, znajdzie szczęście z inną." Czyż to nie subtelne i wnikliwe? - kto by pomyślał, ale faktycznie, jeśli się zastanowić, to cóż to jest śmierć w porównaniu z zerwanie z narzeczonym?

Albo recepta panny Elliot na udane szczęśliwe małżeństwo "I jedna, i druga strona ma dobre zasady i miłe usposobienie". I już! Tak, to nikt nie wiedział, że na tym to polega - zapewne dlatego, że daleko mu jest do subtelności Anny. Dziwne, tylko że sama nie chciała skorzystać z tej odkrywczej recepty. Ale któż może zrozumieć kobietę?!

Nie ma co ukrywać, cecha, której "Perswazje" mają zawdzięczać swoją "wybitność" to balon ze sprężonym powietrzem, nawet ujęcie kwestii, powiedzmy, protofeministycznych dalekie są od "oświeconego feminizmu" i u jednych pewnie wywołują uśmiech, a u innych irytację. To ładnie, że oprócz co tydzień nowych bestsellerów wraca się po takie starocie, ale nie dajmy się zwariować, to że książka ma swoje lata i wyszła spod pióra znanej pisarki, jeszcze o niczym nie przesądza. Ważne jest nie tyle kto, lecz co napisał.  

niedziela, 8 października 2017

Za drutami śmierci, Abram Kajzer

Literatura obozowa ma specjalny status. Jest zarówno świadectwem ludzkich cierpień, jak i pomnikiem ofiar zbrodni niemieckich i rosyjskich (w "odmianie" łagrowej). O ile w czasach PRL-u temat łagrów był w oficjalnym obiegu tematem zakazanym, to nie dotyczyło to przecież zbrodni niemieckich a jednak okazało się, że o ile jedni autorzy byli po wielokroć wznawiani, to niektórzy doczekali się tylko jednego wydania  i zagadką pozostaje dla mnie, co było kryterium wydawniczych decyzji. W przypadku książki Kajzera z pewnością nie był to ani brak wiarygodności czy brak walorów literackich.

Daleki jestem od spiskowej teorii dziejów ale mam wrażenie, że "Za drutami śmierci" okazało się zbyt obrazobórcze dotykając zagadnień, które stawiały ofiary w bardzo dwuznacznym świetle, oględnie rzecz ujmując. Zanim jednak do tego przejdę, należy się kilka słów wyjaśnienia, z czym mamy do czynienia. Otóż książka Kajzera jest czymś wyjątkowym, stanowi bowiem w znacznej części dziennik łódzkiego Żyda pisany na bieżąco w obozie (pozostałą można określić jako wspomnienia), który w sierpniu 1944 roku został przywieziony do Oświęcimia a potem do Rogoźnicy. Zapiski zostały przetłumaczone oraz opracowane przy współudziale autora i praca nad nimi zakończyła się po dwóch latach, w 1949 roku. Na wydanie książki trzeba było czekać jeszcze trzynaście lat. 


Świadomość tego, że mamy do czynienia z osobistą relacją nieprzytłumioną przez upływ czasu potęguje wrażenie jakie wywołuje i co tu dużo mówić, utrudnia pisanie o niej. Nie można bowiem oczekiwać jasności wywodu i żelaznej logiki od kogoś kto przeżył to co Kajzer. On sam wyraźnie zaznacza odrębność doświadczeń obozowych, od tego z czym mamy do czynienia w normalnym świecie - "Cóż wiemy o sobie nawzajem, o tym, co się dzieje na dnie duszy każdego z nas? A cóż dopiero może wiedzieć człowiek, który tu nie był, który nie widział  tych wszystkich chorych, leżących nago w zimnej hali fabrycznej i oczekujących śmierci jak wybawienia, który nie widział tych ludzi pełzających, jęczących i kurczowo trzymających się życia, nie widział tych, co już nie mają nawet tyle siły, aby strącać pchły i wszy pożerające ich żywcem... Tych konających z wyczerpania i pragnienia, w katuszach głodu, poniewierki, samotności, nie umiejących znaleźć odpowiedzi na pytanie, za co i dlaczego muszą umierać... ".

To co zwraca uwagę w "Za drutami śmierci", to zdumiewająca postawa Żydów wobec śmierci. Kajzer opisuje zbiórkę w bloku więziennym, kiedy to dopiero co przybyłych, półtora tysiąca mężczyzn terroryzuje... trzech (w tym dwóch więźniów) za pomocą drewnianych pałek. Rzecz normalnie nie do wyobrażenia. Jedynym przejawem niezgody na obozowy terror jest myśl o samobójstwie - nie chęć zemsty, odwetu, rewanżu czy jak to nazwać ale tylko własnej śmierci. Drugim aspektem, który jest mocno akcentowany to współuczestnictwo Żydów w terrorze, pisze o tym wprost - "szczególnie przygnębiająco działa fakt, że nasi współrodacy, Żydzi, tacy sami jak my, którzy prawdopodobnie przebywają tutaj już od dłuższego czasu, są nie mniej okrutni od esesmanów." Nie umniejsza, to oczywiście, faktu zbrodni niemieckich i zasadniczej odpowiedzialności Niemców - "z zasady Niemcy nastrojeni są agresywnie, a serca ich niedostępne są uczuciu sprawiedliwości lub litości, więc błąkający się więzień z reguły zostaje zmaltretowany, padając ofiarą ich wściekłości i brutalnej siły, którą tak łatwo wyładować na bezbronnym" ale ze świadectwa Kajzera jasno wynika, że Żydzi w równym stopniu co Niemcy byli winni jego cierpień.

To krytyczne spojrzenie na własnych pobratymców jest tym co rzuca się w oczy od początku i przewija się przez całą książkę i nie niczym nowym. Znamienne jest, że "sprawiedliwość" wymierzana policjantom z łódzkiego getta budzi opór Kajzera tylko dlatego, że wykonywana jest z niemieckim "błogosławieństwem" co, nawiasem mówiąc, rzuca światło na działalność Chaima Rumkowskiego, która swego czasu była przedmiotem ożywionej dyskusji.

Owszem, nie ma wątpliwości co do wyjątkowość sytuacji w jakiej wszyscy się znaleźli i która stanowi wyjaśnienie ludzkich czynów - "Myślę, że trzeba wybaczyć wszystkim, którzy w obozie spodlili się skutek katuszy i głodu. Sądzić ich nikomu nie wolno prócz tych, który żyli w takim samym piekle. Prócz nas nikt nie zrozumie i nie będzie wiedział do czego może doprowadzić głód i nieustanne znęcanie się nad człowiekiem." Tyle tylko, że więźniowie funkcyjni nie spodlili się w wyniku katuszy i głodu, oni chcieli ich uniknąć i dlatego, niejako profilaktycznie katowali swych towarzyszy i okradali ich z jedzenia skazując na męczarnie głodu - "(...) pies przyszedł do obozu z kością w pysku. Otoczyła go zaraz grupa Häftlingów, którzy znajdowali się w pobliżu. Stali bezradni i z zazdrością spoglądali nie tyle na psa, ile na ogryzioną przez niego kość. Podejść bliżej nikt nie śmiał, ale psa otoczyli i cierpliwie czekali, aż skończy swoją ucztę i porzuci ogryzioną kość."

Okazuje się zresztą, że w wielu przypadkach w ogóle nie ma konieczności wyboru: życie innego człowieka albo moje życie. Nie jest nią przecież okradanie z żywności chorych więźniów przez lekarza, który powinien nad nimi sprawować opiekę, czy bicie tylko we własnym, że tak powiem, więziennym gronie, to raczej kwestia natury człowieka, z którego, tak jak w "Jądrze ciemności" Conrada w "sprzyjających" okolicznościach wychodzą na jaw jego najgorsze cechy, w normalnym świecie skrywane w "zakamarkach duszy". 

środa, 4 października 2017

Wieś, Iwan Bunin

Niedawno robiłem test na znajomość, nawet nie literatury rosyjskiej, ale tylko nazwisk jej twórców. Zwykle kończyło się na dwóch-trzech nazwiskach: Tołstoj, Dostojewski, Bułhakow. Okazuje się, że Achmatowa, Błok, Czechow, Gogol, Gonczarow, Gorki, Gumilow, Jesienin, Kryłow, Lermontow, Majakowski, Mandelsztam, Pasternak, Puszkin, Szołochow i Turgieniew to terra incognita. Nie mówię już autorach pokroju Gajdara, Katajewa, Makarenki, Polewoja czy Rybakowa. Wygląda na to, że cztery dekady powojennej rusyfikacji w szkołach w czasie prlu przeszły zupełnie bez echa. Dzisiaj pewnie do pierwszej trójki można by doszlusować Akunina i Marininę i tyle. Tak wygląda percepcja literatury rosyjskiej na wolnym rynku. Nie wiem, czy to dobrze czy źle, może to po prostu oddaje rzeczywiste miejsce literatury rosyjskiej w powszechnym odbiorze. 


Nie muszę chyba dodawać, że na liście wielkich nieobecnych znalazł się też i Iwan Bunin, "nie uratowała" go nawet literacka nagroda Nobla, ale to, że coś nie istnieje dla pokolenia gimbazy w gruncie rzeczy można uznać za pozytywny wyróżnik i świadectwo literackiej jakości. Po raz pierwszy czytałem "Wieś" jeszcze w czasach licealnych, a jej powtórna lektura potwierdziła to, co już i tak wiedziałem, że istnieje przepaść pomiędzy „młodzieńczym” a „dorosłym” odbiorem. To co wcześniej wydawało mi się tylko ponurym obrazem rosyjskiej wsi, zadającym kłam mitowi „duszy rosyjskiej” tak rozsławionym przez Tołstoja i Dostojewskiego okazuje się być alegorią Rosji. Jeśli Gogol pytał w "Martwych duszach" - "Dokąd pędzisz Rosjo (...)?", to Bunin dał mu odpowiedź retorycznie pytając - "Boże miłościwy! Zabili Puszkina, zabili Lermontowa... Utopili Pisariewa... Powiesili Rylejewa... Dostojewskiego ciągnęli na rozstrzelanie... Gogola doprowadzili do szaleństwa... A Szewczenko? A Poleżajew? (...) O, Boże, czyż jest jeszcze gdzie na świecie taki kraj, taki naród przeklęty?". 

We "Wsi" nie ma żadnej rosyjskiej duszy - jest chciwość, odrażająca nędza i prymitywizm idące o lepsze z obrazami Zoli - "Zajrzał do wnętrza i w półmroku zobaczył piec, nary, stół a na ławie pod oknem - korytko trumienki. Leżało w nim martwe dziecko o dużej, prawie nagiej główce i sinawej twarzyczce... Za stołem siedziała gruba ślepa dziewka i wielką drewnianą łyżką wyławiała z miski rozmoczone w mleku kawałki chleba. Muchy, niby pszczoły w ulu brzęczały nad nią i łaziły po twarzyczce trupa, a potem wpadały do mleka, ale ślepa, siedząc prosto jak statua i wybałuszając w ciemność zaszłe bielmem oczy, jadła i jadła...". Trudno jakoś dopatrzeć się w tym natury ludu "bogolubca". 

Bunin pisze tak, że z jego opowieści nie płyną oczywiste morały, nie da się "Wsi" zgrabnie spuentować jednym czy dwoma zdaniami. W swojej opowieści o życiu dwóch braci, wiejskiego bogacza, self-made mana i pół inteligenta, przedstawia ponurą diagnozę bez recepty na uzdrowienie czegokolwiek. Dla jednego z nich wieś jest więzieniem, z którego pragnie się wyrwać, dla drugiego ostoją, w której może znaleźć upragniony spokój. Ale to tylko złudzenie - wiejskie życie okazuje się ani tym ani tym, a próba naprawienia, na odchodnym, wyrządzonych kobiecie krzywd niczego tak naprawdę nie naprawia. 

Bo w tym świecie kobieta i dzieci, jako najsłabsze, są na samym dole drabiny społecznej, o ile dzieci mają jeszcze jaką szansę by zmienić swój status bo przecież wyrosną ze swego wieku, to kobieta już nie, całe życie będzie tą najsłabszą. Jedyne co jej pozostaje to pogodzić się z losem i poszukać złudnego ratunku w małżeństwie, w statusie jaki daje bycie gospodynią na swoim. Ale o ile braciom Krasowom perspektywa opuszczenia wsi daje jakąś nadzieję, to Jewdokia w gruncie rzeczy takiej nadziei nie ma, doświadczyła przecież już tego stanu i widzi też jak to się kończy u innych. Jej wybór to wybór "mniejszego zła", który w dodatku może okazać się błędem i dlatego mając tego świadomość jest bezwolna i godzi się na małżeństwo, które dla niej zaaranżowano. Tak już jest, tak widocznie musi być, tak jak słońce wschodzi na wschodzie i zachodzi na zachodzie i nic się na to nie poradzi. Ona to wie i przyjmuje to z rezygnacją. Lepiej już mieć nawet choćby złudną ochronę niż żadnej. 

Cóż, ponura historia, która nie wiadomo jak się skończy, zdecydowanie dla tych którzy cenią dobrą literaturę. Miłośnicy prozy w stylu Katarzyny Michalak i Danielle Steel powinni Bunina omijać szerokim łukiem. . 

środa, 20 września 2017

Awantury kosmiczne, Edmund Nizurski

Nie wiem czemu Edmund Niziurski zmieniał drugą część trylogii odrzywolskiej, bo pierwotna wersja – „Awantury kosmiczne” zmian nie wymagała i śmieszy do dzisiaj. Wiadomo, jak to z książkami Niziurskiego, oparcie się na realiach lat 70-tych nie pozostaje bez konsekwencji i to co było oczywiste dla pokolenia rodziców, a może i już dziadków, dla współczesnych dzieci wymaga już komentarza. W porównaniu jednak ze starszymi powieściami nie ma tego dużo.


Niziurski obraca się wokół doskonale znanych i sprawdzonych motywów we wcześniejszych książkach (redaktorzy szkolnej gazetki, woźny, „śledztwo”, motyw snu) ale nie ma się wrażenia wtórności. Sprawdza się również jego recepta na przykucie czytelnika do książki – wartka akcja, humor sytuacyjny i odwołujący się do ówczesnego języka oficjalnego. Ale Niziurski wychodzi też poza „żelazne punkty” swoich powieści dla młodzieży. Obok bowiem standardowych, męskich spraw czyli konfrontacji „bandy z bandą” pojawia się wątek relacji damsko-męskich w młodzieńczym wydaniu. I nie wiem, czy nie jest to najciekawszy element powieści – w każdym razie wg mnie opis „adelowania” należy do najlepszych fragmentów książki.

To nie takie częste by nastolatek zaliczający się do „młodszej młodzieży” mógł jakoś skonfrontować własne, pierwsze i nieśmiałe „zapały” miłosne. Mam wrażenie, że mimo upływu czasu, od pierwszego wydania książki niewiele się w tej mierze zmieniło. Pierwsze uczucie ciągle jest przeżyciem dla kolejnych pokoleń nastolatków, a i starszy czytelnik pewnie się uśmiechnie na wspomnienie własnych konkurów niezależnie od ich rezultatu. Pokazanie „męskiego” punktu widzenia, pełnego zrozumienia dla męskiej części czytelników niewątpliwie jest wartością dodaną "Awantur kosmicznych" – to przecież temat, który dzieciom trudno poruszać nawet wśród rówieśników, szczególnie więc cenna jest możliwość zestawienia własnych pragnień i doświadczeń z tym, co bardzo realistycznie przeżywają bohaterowie powieści. 

Relacje z dyrektorem szkoły czy woźnym, śledztwo dotyczące tego drugiego, owszem napędzają akcję ale w gruncie rzeczy stanowią tło dla tego co najważniejsze, czyli miłosnych perypetii narratora. I choć dziecięcy czytelnik (płci męskiej) jakoś się z nim identyfikuje, to przecież trudno mu zamknąć oczy na fakt, że podobnie jak i jego przyjaciele daleki jest on od wzorca z Sèvres szkolnego supermana ale paradoksalnie te niedoskonałości bohaterów sprawiają, że przez to stają się oni bardziej wiarygodni.

Ale moją uwagę zwróciły inne, dwie rzeczy. Pierwsza; Niziurski, jak to on, żartobliwie zwraca uwagę na pominięcie w literaturze pracy woźnego ale po lekturze "Awantur kosmicznych" nasunęła się refleksja, że to niekoniecznie musi być tylko żart. Pamiętamy naszych nauczycieli, często nawet tych z którymi mieliśmy dwie lekcje w tygodniu a co z ludźmi, których spotykaliśmy codziennie przez wszystkie lata szkolne? Pamiętamy, sylwetkę, twarz ale chyba nikt więcej – kto wie jak nazywał się woźny w jego szkole? Trochę to smutne…

I druga uwaga; wiadomo, powieści Niziurskiego osadzone są w realiach lat, w których powstawały, opowiadają o świecie młodzieży stanowiącym jakby wykrzywiony wizerunek świata dorosłych. W "Awanturach kosmicznych" są jednak momenty, w których karykatura pobrzmiewa całkiem serio. Kiedy Okist jr, mówi o pracy redaktora gazety "albo piszemy to, co naprawdę myślimy i czujemy, albo gazeta nie ma sensu", a jego mama puentuje rolę kobiet i mężczyzn - "ci dzisiejsi mężczyźni! Wszystko spychacie na nasze głowy! Kieruj wszystkim, walcz o wszystko, stój w kolejkach, płać rachunki i jeszcze zajmuj się domem, och, my kobiety współczesne!" to nie brzmi to jak satyra lecz jako całkiem serio spuentowana diagnoza zjawisk, z którymi bohaterowie Niziurskiego mają do czynienia. I nie jestem pewien, czy gdyby to była "poważna" książka dla dorosłego czytelnika, to uwagi te zostałyby przepuszczone przez cenzora.

Na szczęście, dzisiaj to już tylko ciekawostki, co prawda mało, albo w ogóle nieczytelne dla dzisiejszych dzieci, podobnie jak choćby "przezwyciężanie adelistycznego odchylenia" ale przecież budujące klimat powieści i sprawiające, że z kolei dorosły czytelnik ma szansę znaleźć w niej to, co przegapił kiedyś mając dziesięć, dwanaście czy czternaście lat. 

niedziela, 10 września 2017

Serce. Książka dla chłopców, Edmund de Amicis

W jednej z najlepszych książek dla "młodszej młodzieży", ever, miernikiem odporności na wzruszenia, obok "Śmierci Pułkownika" Adama Mickiewicza, "o tej dziewicy bohaterze, co gdy umierała, nawet stare wiarusy płakały", historii "o biednym garbusku i o tym Jasiu pani Konopnickiej, co nie doczekał" było "Serce" Edmunda Amicisa. Swoją drogą, podziwiam Żarłocznego Stefa, że dał mu radę bo sam miałem z nim trochę kłopotu. No ale pocieszam się myślą, że pół wieku temu Stefan miał łatwiej bo książka nie była takim anachronizmem jak obecnie, choć i wówczas zdawano sobie sprawę z tego Amicis może "zakatować" czytelnika bo lekturą szkolną były tylko dwa opowiadania miesięczne "Mały pisarczyk z Florencji" i "Od Apeninów do Andów".


Amicis swoją powieść przeznaczył dla chłopców w wieku od lat 9 do 13, dzisiaj to już abstrakcja. Opis szkoły i obyczajowości sprzed ponad 100 lat z grubym okładem podany ówczesnym językiem na dłuższą metę zupełnie nie przemawia do czytelnika. Pewnie dałoby się wyłuskać kilka opowiadań jak choćby pierwsze ze wspomnianych wyżej, które można jeszcze strawić ale raczej nie całość. Przyczyną tego stanu rzeczy jest w dużej mierze anachronizm języka, zapewne spotęgowany także tłumaczeniem Marii Konopnickiej oraz sposób przedstawienia wartości promowanych przez książkę.

"Serce" pisane jako dziennik ucznia trzeciej klasy ówczesnej podstawówki jest apoteozą tradycyjnych wartości m. in. takich jak: autorytet, posłuszeństwo i poczucie wdzięczności wobec rodziców i nauczycieli, współczucie dla biednych i doświadczonych przez los oraz patriotyzm. Z naszej perspektywy to zupełny "kosmos". Kto by dzisiaj podejmował w literaturze dziecięcej tak poważne tematy i to jeszcze na takim poziomie, który gwarantowałby przetrwanie książki dłużej niż trwa marketingowy szum. Od tej strony, przykro to mówić, Amicisowi nikt ze współczesnych, pożal się Boże pisarzy, którym wydaje się, że wystarczyło mieć piątki z wypracowań z polskiego by zostać autorem książki, nikt "nie podskoczy".

Nie da się jednak zaprzeczyć, że problemy które opisuje i/lub z którymi styka się narrator powieści, Henryk Bottini są "przedobrzone". Ten uczeń klasy trzeciej żyje pod permanentną presją w świecie zakazów i nakazów, w którym każda drobnostka jest wyolbrzymiana i przedstawiana w kontekście spraw ostatecznych. Choćby jakieś śmielsze odezwanie się do matki lub ojca, sprawia że czytelnik stawia oczy w słup, gdy czyta ojcowskie napomnienie; "Kocham cię, synu mój; ty jesteś najdroższą nadzieją mego życia; ale wolałbym widzieć cię umarłym niźli niewdzięcznym twej matce. Bądź zdrów!". Ale i reprymenda matki mu nie ustępuje; "Za każdym razem, kiedy ojciec będzie cię strofował, a jakieś niecierpliwe, złe słowo będzie się cisnąć na usta twoje, pomyśl o dniu i o chwili, która przecież niechybnie przyjdzie, gdy ojciec przywoła cię do swego łóżka, aby ci rzec: "Henryku, opuszczam ciebie!"".

I tak jest ze wszystkim widmo śmierci krąży wokół chłopca w prawie każdym liście i na każdy prawie temat. Memento mori! Ciągłe pouczenia - myślałby kto, że ten chłopak ich naprawdę wymaga. A przecież to normalne dziecko, które nie stwarza żadnych problemów wychowawczych a jednak bez ustanku jest karcone i pouczane, jakby dopuściło się nie wiadomo jakich przewinień. Ta dysproporcja pomiędzy dziecięcymi zachowaniami i niewspółmiernością roli jaką się im przypisuje, to jest coś co każe patrzeć na Amicisa jak na raroga.

Wartości, które głosi "Serce" przez aurę łzawości i patosu w jakiej są prezentowane, sprawiają że na dłuższą metę książka robi się niestrawna - dziecko ma kochać matkę bo je ojciec wyklnie? ma kochać ojca bo ten umrze? To się raczej nie sprawdza. Tak jak wezwanie z okazji Dnia Zadusznego - "Pomyślałeś ty kiedy o tych ojcach, którzy sobie skracają życie w ciężkiej pracy? O tych matkach, które przedwcześnie w grób idą, umęczone odmawianiem sobie wszystkiego, byle utrzymać swoich synów? Czy wiesz, ile ojców nóż sobie do serc wbiło nie mogąc znieść widoku nędzy swoich dzieci? Ile kobiet potopiło się, pomarło w rozpaczy, zwariowało straciwszy ukochane dziecko?". Makabra dzisiaj sprzedaje się tylko w opowieściach o zombie a nie dydaktycznych opowiastkach z życia szkoły dla dzieci z klas III - VII.