czwartek, 9 marca 2017

Magiczne drzewo. Pojedynek, Andrzej Maleszka

Czasami lepiej chyba nie wiedzieć co czytają własne dzieci i co im się podoba. Od dłuższego czasu moja cierpliwość jest poddana próbie wytrzymałości bo w ramach wieczornego czytania zostałem skazany na lekturę cyklu "Magiczne drzewo" bijącego, podobno, rekordy popularności wśród dziatwy szkolnej i to pomimo tego, że znalazł się on, o zgrozo, na liście lektur w szkole podstawowej.  


Przez jakiś czas z rezygnacją znosiłem literacki wybór mojej latorośli, ale gdy dobrnąłem do końca "Pojedynku" a przede mną rysowała się perspektywa lektury kolejnej części cyklu, załamałem się. Takich bzdur obrażających inteligencję czytelników dawno nie czytałem. Rozumiem, że książka w której główną rolę gra magia z istoty swojej musi być niewiarygodna, choć z drugiej strony umiejscowienie jej we współczesnych realiach codziennego życia pozwala przypuszczać, że przynajmniej jeśli chodzi o tło, to powinniśmy mieć do czynienia właśnie z rzeczą trzymającą się rzeczywistości. Ale to tylko domniemanie, jakby powiedział prawnik, w dodatku domniemanie wzruszalne. 

Pod tym względem Andrzej Maleszka nie ma żadnych szans z powieściami Adama Bahdaja, Zbigniewa Nienackiego czy Edmunda Niziurskiego, nie mówiąc już o postaci głównego bohatera. Jego Kuki, podejrzewam, że wbrew intencjom Autora, to nieszczęśliwe dziecko, nieszczęśliwe w tym sensie, że bardzo ograniczone. Gdzie mu tam do chłopaków wspomnianej przeze mnie trójki autorów jest pozbawiony inteligencji, wyobraźni i zaradności. Jedynym narzędziem, które ma mu umożliwić realizację jego zamierzeń jest magia i jedynym remedium na wszelkie jego problemy jest magia. Bez czarodziejskich przedmiotów nie ma nic do powiedzenia i nic do zaoferowania. Wszystko sprowadza się do tego, że ma dostęp do magicznych przedmiotów, co za szczęściarz. Ale to wszystko można złożyć na karb koncepcji Autora - być może jego zamiarem rzeczywiście było stworzenie bohatera nie rozumiejącego słowa nie, idącego po linii najmniejszego oporu i w swojej ograniczoności nie potrafiącego wyobrazić sobie konsekwencji własnych czynów, sięgających dalej niż na wyciągnięcie ręki.

Na karb fantazji Autora można też złożyć oryginalne, bardzo oględnie rzecz ujmując, magiczne pomysły jak choćby w rodzaju stalowych rekinów z diamentowymi zębami, które odgryzają wyspę od skorupy ziemi. Cóż, niezbyt można powiedzieć. Niezbyt inteligentni bohaterowie, niezbyt inteligentne pomysły. W świecie magii wszystko jest możliwe, zwłaszcza magii w wykonaniu nieletnich.

Ale są też rzeczy, które odnoszą się już nie do magii lecz realiów, w odniesieniu do których logika szwankuje. Widać wyraźnie, że Autor "zapętlił się" się we własnych pomysłach (jak choćby tego, w którym zamienił ludzi w kury), z których wybrnął podobnie jak autor dreszczowca, którego bohater spada w płonącym samolocie, gdzieś na środku oceanu pełnego krwiożerczych rekinów by w następnym zdaniu odnaleźć się po tygodniu w luksusowym hotelu w centrum Nowego Jorku.

Owszem, rozumiem, że literatura dla dzieci ma swoje prawa i nie oczekują one wielkiej powieści realistycznej, ale wciskanie im knotów na zasadzie prawa serii, to jednak lekka przesada. 

środa, 1 marca 2017

Ocalenie, Joseph Conrad

Nie dziwię się, że książek Josepha Conrada nie ma na listach bestsellerów. Zrobił wszystko by się na nich nie znaleźć, choć przecież były czasy, gdy rozgrzewał publikę do białości, żeby przypomnieć jeden z najgłośniejszych krytycznoliterackich pojedynków Dąbrowska vs Kott. A dzisiaj? Dzisiaj nie do przyjęcia jest, że w powieści, w której miłość gra nie mniejszą rolę niż słynne "Conradowskie pojęcie wierności" nie pada żadne jej wyraźne wyznanie a w finale bohaterowie nie żyją długo i szczęśliwie. Tak, nie da zaprzeczyć, że to poważny mankament. I jeszcze ta niedookreśloność prozy Conrada. Niby podąża się za bohaterami z poczuciem, że mniej więcej się ich rozumie ale tak naprawdę pozostaje się z poczuciem niepewności wobec niemożności jednoznacznej oceny postaci. W takim "Ocaleniu" nawet tytuł okazuje się wieloznaczny i jest jest wdzięcznym polem do spekulacji o czyje (lub czego) ocalenie chodzi. 


Nie wątpię, że dzisiaj przypadkowe spotkanie kapitana statku i żony właściciela jachtu, który osiadł na mieliźnie gdzieś na Malajach, rodzące się uczucie między nimi z tłem w postaci malowniczych widoczków (zachody słońca nad morzem, piaszczyste plaże z palmami, śniedzi tubylcy) i dla ożywienia akcji, bitwami tubylczych plemion, nad którymi wisi cień potęgi i sławy dzielnego kapitana mogłoby być wyzyskane "bestsellerowo", a po blogaskach przez jakieś dwa tygodnie, może miesiąc, rozbrzmiewałby chór zachwytów. Ale na szczęście powieść Conrada to zupełnie inna kategoria dzięki czemu książka żyje znacznie dłużej niż trwa kampania marketingowa aktualnego czytelniczego hitu.

Inna rzecz, że przedstawiając problemy dla gimbazy zupełnie abstrakcyjne, książka skazana jest na status reliktu, czyli klasyki z wszystkimi tego konsekwencjami. Conrad podejmuje swój słynny temat wierności sobie, wierności wobec własnych przekonań i złożonych przyrzeczeń a więc tematykę w dzisiejszym świecie passé i zupełnie abstrakcyjną. O takich ludziach, jak główny bohater "Ocalenia" mówi się, że są nieelastyczni, a wiadomo, że tacy kariery raczej nie zrobią.

To poczucie wierności jest tak przemożne, że Tom Lingard nie waha się postawić na szali życia swego i innych, by dotrzymać danego słowa i nie na razić na szwank swego honoru. Cóż za zaślepienie! Tak, zdecydowanie był to człowiek "głuchy na subtelne głosy świata i ślepy wobec tajemniczych jego przejawów, który zawsze był gotów zmierzyć się z konkretną rzeczywistością, bez względu na warunki jak najbardziej nieoczekiwane, przerażające lub groźne, ale jak dziecko był bezbronny wobec ukrytych porywów własnego serca". I ta bezbronność go zgubiła. Przecież to takie takie proste, odwrócić się plecami widząc czyjeś kłopoty, może w odruchu dobrego serca, zdobyć się na słowa żalu i jakieś tłumaczenie. Owszem, przyrzeczenie pomocy, to piękna rzecz ale po pierwszym uniesieniu, gdy tylko głowa ostygnie, czas się wycofać. Nie trzeba się nawet tłumaczyć bo i przed kim, nie będzie się przecież biały tłumaczył przed jakimiś kolorowymi dzikusami. A tu nie dość, że bohater Conrada zabrnął w awanturę, która wcale go nie dotyczyła, to jeszcze nierozsądnie zainwestował swoje uczucie w kobietę, którą miał pecha przypadkowo spotkać.

Nie przeczę, Edyta Travers, bratnia dusza Izabeli Archer z "Portretu damy" nie tylko na nim zrobiła wrażenie, a i dla niej to było coś, co pozwoliło jej na częściowe choćby wyzwolenie, ze świata w którym się dusiła i który ją pętał. Poznanie Toma było dla niej czymś ożywczym, owszem "została pozbawiona wszystkich swych pewników i rzucona w świat pełen niemożliwości", konwenans zderzył się z pierwotnością, wyższe sfery z kompletnie różnym światem, podobno prymitywnym (ale nie dałbym głowy patrząc na intrygi nie mniej skomplikowane niż w świecie angielskiej arystokracji) ale przecież tego w gruncie rzeczy pragnęła. Do niej, tak jak i do Lingarda, stosuje się przekonanie, że "obietnica, dana przez szlachetnie urodzonego człowieka, żyje równie długo jak ten, co ją wypowiedział". Wszakże złożyła kiedyś obietnicę swemu mężowi, na którym się, poniewczasie, poznała. Mogłaby pójść za głosem serca, przeżywa przecież chwile uniesień, Tom ją fascynuje i pociąga ale przecież ona też kiedyś dała słowo. Musi wybierać - nieciekawy mąż, którego "udrękę tępego umysłu lękającego się instynktownie niejasności nasuwających możliwość nowych odkryć" widać jak na dłoni, człowiek, którego "zdumiewająca głupota jego pychy pozostała nietknięta" mimo, że tkwił w samym środku burzy i  mężczyzna, który olśnił ją sobą, i z którego czystości duszy i miłości zdawała sobie sprawę. Ale gdy Tom uzasadniając swoje postępowanie, mówił - "muszę dbać o swoje dobre imię. Na tym polega wszystko", tak i ona również musiała dbać o swoje dobre imię.

To co dla jej męża jest dziwacznością, ekscentrycznością, powodem do zażenowania z powodu zachowania Edyty, to dla tych, którzy mają otwarte oczy, umysł i serce, jest ona kobietą, z gatunku tych, które "są tęczowymi blaskami na twardej i ciemnej powierzchni ziemi" dla których "ludzie się trudzą na ziemi i pod ziemią; dla nich artyści wszelkiego rodzaju przeżywają natchnienia". Tylko co z tego, gdy okazuje się, że "nie uznawała absolutnie żadnych uczuć na świecie, prócz własnych" niezależnie od tego, jakie to były uczucia. To jest jej wyraz "pojęcia wierności", którym doprowadza do klęski Toma i przez który staje w jednym szeregu z własnym mężem, tą nieciekawą figurą, na której wartości już dawno się poznała. Po prostu wie, że należy do innego świata, którego porządek regulowany jest przez konwenanse, świata pozorów i kłamstw, które przyjmowane są za dobrą monetę. Ci, którzy usiłują się wyrwać "gubią się w labiryncie" prawdziwego życia i "kończą na tym, że nienawidzą samych siebie i umierają w rozczarowaniu i rozpaczy." Lepiej, już być tam gdzie się jest i próbować zapomnieć.

Conrad w szczytowej formie.

piątek, 24 lutego 2017

Pan Wołodyjowski, Henryk Sienkiewicz

Postanowiłem przypomnieć sobie, na stare lata, "Trylogię". Na pierwszy rzut poszła ostatnia jej część za sprawą sentymentu do "Przygód pana Michała", serialu, dzięki któremu, "za moich czasów", pustoszały podwórka. Komu wówczas ciarki po plecach nie chodziły, gdy ksiądz Kamiński (którego grał Andrzej Balcerzak) wołał "- Dlaboga, panie Wołodyjowski! Larum grają! wojna! nieprzyjaciel w granicach! a ty się nie zrywasz? szabli nie chwytasz? na koń nie siadasz?" Było, minęło. Dzisiaj, w czasach panowania pokolenia gimbazy wolę nie myśleć jaka byłaby reakcja dziatwy, o ile dobrnęłaby ona w ogóle do końca powieści.  


Nie da się ukryć, Sienkiewicz aż sam się prosi o kłopoty, poczynając od tego, że jego zagadką pozostanie, dlaczego "Pana Wołodyjowskiego" nazwał powieścią "dla pokrzepienia serc", bo przecież wcale nie jest to lektura krzepiąca. Cóż bowiem jest krzepiącego w perypetiach miłosnych mężczyzny w średnim wieku, żałosnego w swych poszukiwaniach żony? Czy krzepiący jest łgarz i alkoholik stojący jedną nogą nad grobem, ze swym cokolwiek podejrzanym stosunkiem do młodej kobiety? A i jakoś nieszczególnie krzepi świadomość, że jego interlokutorzy pozwalają robić z siebie durni, od czasu do czasu tylko zachowując przytomność umysłu i zdobywając się na nieśmiałą wzmiankę o rzeczywistym stanie spraw. Czy krzepiąca ma być obrona Kamieńca Podolskiego - ta "piękna katastrofa" dowód "bezsilności całej Rzeczpospolitej", do której doprowadziły "tłumy niezdolne (...) szczęśliwie nawą Rzeczypospolitej na ciche wody pokierować, bo głowy ich pogrążone były w mroku i ciemności, a serca przeważnie popsute", samobójstwo tytułowego bohatera albo wyczyny Adama Nowowiejskiego, który dla zaspokojenia osobistej zemsty morduje niewinnych ludzi? Jakoś nie wydaje mi się.

Nie żebym nie dostrzegał krzepiących akcentów, jak finałowe zwycięstwo pod Chocimiem czy przecieranie szlaków feminizmowi. Tak, tak... to nie pomyłka. Co prawda celem życiowym pań jest wyjście za mąż (każda z panien w powieści "czuje wolę bożą" choć nie każdej dane było ją zrealizować), a mężczyzn ożenek i spłodzenie jak największej ilości dzieci, a mówiąc ściśle synów (Skrzetuscy biją pod tym względem rekord, pozostawiając daleko w tyle Kmiciców i Ketlingów, spuszczając wstydliwą zasłonę milczenia na państwa Wołodyjowskich) ale przecież Barbara Wołodyjowska domo Jeziorkowska przełamuje tabu; nie dość, że jest obruszona nacechowanym poczuciem wyższości stosunkiem mężczyzn do kobiet, to jeszcze walczy z mężczyznami jak równy z równym, no i, o zgrozo, nie jest od tego by zamienić od czasu do czasu babskie fatałaszki na męskie odzienie. Uważny czytelnik może dostrzec też pierwociny problemów poruszanych przez feminizm drugiej fali, wówczas gdy Wołodyjowski rozróżnia posesjonatkę od "pierwszej lepszej dziewki pokojowej", gdy ogarniają go wyrzuty sumienia z powodu pocałunku. Aż dziw bierze, że dotąd jeszcze żadna krytyczka literacka nie dokonała nowego feministycznego/genderowego odczytania "Pana Wołodyjowskiego", posiłkując się Lacanem, Deridą, Irigaray i kim tam jeszcze.

A byłoby co odczytywać, oj byłoby, bo obok tematów damsko-męskich niejedno by można było napisać choćby o specyficznej religijności bohaterów powieści, której kwintesencją jest samobójcza śmierć "małego rycerza", która stanowiła przecież naruszenie piątego przykazania. Nawiasem mówiąc, ciekawe, jakim cudem jego zwłoki przywalone ruinami, znalazły się w Stanisławowie, że nie wspomnę o uroczystym, kościelnym pogrzebie samobójcy.

Ale już tak na serio, jakby nie patrzeć na kwestię "pokrzepienia serc", zwłaszcza w dzisiejszy czasach (w których patriotyzm rozumiany jako poświęcenie życia na ołtarzu ojczyzny i wiary jest zagadnieniem teoretycznym, na szczęście), "Pan Wołodyjowski" ciągle pozostaje powieścią "płaszcza i szpady", przygodowym romansem historycznym. I to jest jego szansa, fakt że niewielka. Bo moda na ten gatunek przeminęła, zdaje się, bezpowrotnie. Nieźle jest, jeśli nazwiska Dumas i Scotta w ogóle są kojarzone, przygody ich bohaterów zostały wyparte przez zombie i wilkołaków. No i gdzie tam miłosnym perypetiom związku Basi i Michała do Anastasii i Christiana. Kto dzisiaj doceni piękną polszczyznę, potoczystą i bogatą, skoro powieść śmieszy i drażni swoim anachronizmem w szeroko pojętej warstwie obyczajowej a i schematycznością przedstawianych postaci, których osobowość jest równie skomplikowana jak konstrukcja cepa - jeśli jest ktoś dobry, to jest dobry i już, a jak zły, to zły. Czytelnik ma tu jasno wyłożoną "kawę na ławę" nie poznaje "tajni dusz" bohaterów bo i co ma w nich poznawać. Ale nie wymagajmy zbyt wiele, jak na przygodowy romans to w zupełności wystarczy. W tej mierze "Pan Wołodyjowski" jest nie gorszy od niejednej książki Dumasa. Marna to jednak pociecha, skoro tak jak one, odchodzi powoli do lamusa. Trochę szkoda.

sobota, 18 lutego 2017

Milczenie, Shusaku Endo

Wstyd się przyznać ale dopiero najnowszy film Martina Scorsese zmobilizował mnie do lektury "Milczenia", które zbierało na półce kurz od zamierzchłych, jeszcze studenckich czasów.  Postanowiłem sprawdzić, czy jest ono rzeczywiście tak kontrowersyjne jak to można tu i ówdzie wyczytać. Cóż, faktycznie, można być zaskoczonym powieścią, bo w dzisiejszych czasach, kiedy dyskusja na temat Kościoła toczy się wokół skandali i kwestii obyczajowych, Endo porusza zupełnie inne problemy, natury, rzekłbym zasadniczej, które ważne były także i u nas w czasach, gdy deklaracja wiary, miała znaczenie nie tylko w sferze duchowej, oczywiście nie w takiej skali, jak to ma miejsce w "Milczeniu"


Mimo, że powieść Endo, której akcja rozgrywa się w Japonii w XVII wieku, na pierwszy rzut oka wydawać się może zupełną egzotyką to przecież dotyka ona, jeśli chodzi o tytułowy problem, sprawy, której skala przerastała daleko cierpienia japońskich katolików, o ile oczywiście można porównywać ludzkie cierpienie. Jeśli Endo stawia pytanie o milczenia Boga wobec cierpienia wiernych, to cóż dopiero mówić o losie Żydów w czasie II wojny światowej (nie bagatelizując cierpień chrześcijan). To oni, w całej ostrości tego pytania, musieli się z nim zmierzyć. Raz jako niewinni, tak jak każda ofiara ale też jako "naród wybrany" mający poczucie boskiej opieki, która pozwoliła diasporze przetrwać przez tyle wieków. Nie sądzę by istniała jakaś pocieszająca odpowiedź, tłumacząca cierpienia niewinnych, ta którą daje Endo "Ja nie milczę. Cierpię razem z wami.", zapewne nie wszystkim wystarczy.

Druga kwestia poruszona w "Milczeniu" to kwestia ceny zachowania wiary. Czy ceną wiary może być niezależnie od naszego życia, także życie innego człowieka? Tak długo jak decydujemy tylko o sobie, rzecz wydaje się stosunkowo prosta. Decydujemy sami o sobie. Z jednej strony możemy zostawić sobie na pocieszenie przekonanie, że przecież zewnętrzny akt apostazji jest bez znaczenia, bowiem w głębi serca pozostajemy wierni wierze (choć lepiej nie pytać się przy tym, jakie to jednak ma znaczenie, skoro myślimy jedno a postępujemy odwrotnie?), z drugiej możemy zdobyć się też na bohaterstwo męczeńskiej śmierci za wiarę. Wybór i konsekwencje dotykają tylko nas.

Ale dylemat, przed którym staje główny bohater powieści jest bardziej skomplikowany. Decyzja o apostazji przesądza nie tylko o jego losie ale także o życiu innych ludzi. Odpowiedź, w naszym pragmatycznym wieku, wydaje się oczywista. Nie ma takiej wartości, która przewyższałaby cenę ludzkiego życia, a w każdym razie nie jest nią wiara. Także dla księdza Sebastiana Rodrigo, głównego bohatera, odpowiedź na pytanie, czy wiara jest warta życia innych ludzi, mimo wątpliwości, jest negatywna. Ale już dla jego konfratra Francisco Garupe nie. Zapewne nie bez znaczenia jest tu także decyzja, o apostazji lub pozostaniu w wierze, samych ofiar. Niezależnie jednak od tego nie można zapominać, że decyzja Rodrigo, Garupe a wcześniej Perreyry, mają charakter sprzężenia zwrotnego, jako kapłani-przewodnicy i nauczyciele swoim przykładem oddziałują na decyzje i los wiernych. Jakie mają prawo ich osądzać, nauczać, oczekiwać od nich trwania w wierze, skoro sami załamują się w godzinie próby? W niczym nie są lepsi od Kichijiro, który budzi w głównym bohaterze taką niechęć. Okazuje się, że renegat, góruje nad swymi przewodnikami, mając świadomość własnej słabości, cierpiąc z tego powodu i publicznie przyznając się do wyznawania zakazanej wiary (choć z drugiej strony, można by zapytać, jakie znaczenie ma u niego taki akt, skoro równie łatwo przychodzi mu potwierdzenie apostazji).

"Milczeniu" daleko do bestselleru, nie ma wartkiej akcji, nie uświadczy tu się krwawych pojedynków ani wątków romansowych, nawet egzotyka nie jest specjalnie pociągająca, w dodatku autor nie feruje łatwych i zdecydowanych sądów, dzięki którym wszystko jest dla czytelnika jasne. Endo nie osądza swych bohaterów, raczej pochyla się nad nimi ze współczuciem i próbuje ich zrozumieć, a to nie jest żadną gwarancją sukcesu czytelniczego. Zresztą, co tu dużo mówić, ze skruchą przyznaję, że gdyby nie film, książka pewnie jeszcze przez kilka lat czekałaby na półce na swoją kolej.   

niedziela, 29 stycznia 2017

Zagłada w "Medalionach" Zofii Nałkowskiej. Tekst i konteksty, pod red. Tomasza Żukowskiego

Plon seminarium "Wobec Zagłady - w stronę demitologizacji kategorii opisu. Kategoria "obojętni świadkowie"" zebrany w zbiorze "Zagłada w "Medalionach" Zofii Nałkowskiej" to bardzo pouczająca lektura. Składają się nań m.in. teksty Katarzyny Chmielewskiej, Maryli Hopfinger i Tomasza Żukowskiego poświęcone "odczytaniu" książki Nałkowskiej. W sumie wydawało by się, że to nic nadzwyczajnego, jeszcze pozycja krytycznoliteracka, której poza garstką specjalistów, studentów polonistyki, autorów, ich przyjaciół i rodzin nikt nie przeczyta. Moim jednak zdaniem, "Zagłada w "Medalionach"..." zasługuje na poświęcenie jej uwagi, jako przykładowi specyficznej maniery, w której rzetelność wobec tekstu literackiego przegrywa z góry przyjętym założeniem.

Niby wiadomo, że tekst odrywa się od autora i każdy czytelnik ma prawo do własnej interpretacji, z której to zasady nie są, oczywiście, nie są wyłączeni Autorzy "Zagłady w "Medalionach"..." ale od tekstów mających być w założeniu naukowymi oczekiwać można przedstawienia problemu sine ira et studio a nie podporządkowania przyjętej a priori tezie, nie mówiąc już o tym, że wypadałoby oczyścić choćby historycznoliterackie przedpole. Tymczasem teksty sprawiają wrażenie jakby były pisane na temat "nieszczęśliwi Żydzi i okrutni Polacy" i z uporem godnym lepszej sprawy starają się przedstawić to jako jedynie słuszne odczytanie "Medalionów". Aż dziwne, że w swoim inkwizytorskim zapale, Autorzy koncentrując się na "Kobiecie cmentarnej" i "Przy torze kolejowym" pominęli "Dwojrę Zieloną" i epizod, w którym bohaterka wyrywa sobie złote zęby, które sprzedaje robotnikom by za otrzymane pieniądze kupić chleb, a przecież motyw polskich robotników kupujących od Żydówki złote zęby idealnie wpisuje się w założenie o polskim antysemityzmie.


Żeby uniknąć nieporozumień, nie kwestionuję istnienia antysemityzmu w okupowanej Polsce, rzecz jednak w tym, że to nie on jest przedmiotem "Medalionów" a już z pewności nie w takim wymiarze jak to się przedstawia. Autorzy "Zagłady w "Medalionach"..." robią wszystko by udokumentować tezę przeciwną, posługując się dyskusyjnymi, oględnie rzecz ujmując, chwytami. Na przykład, tylko marginalnie wspominają nowelę "Człowiek jest mocny" ale nie ma się co dziwić, bo przecież zupełnie nie pasuje do założenia. Skoro Polacy byli antysemitami, to jak to możliwe, by Żydowi pomógł bezimienny polski chłop, nie mówiąc już o tym, że wypadałoby postawić pytanie, jakim cudem uciekinier z obozu zagłady przetrwał wojnę, bo gdzieś przecież musiał się ukrywać. Ale odpowiedzi na te pytania kompletnie nie pasowałyby Autorom, ponieważ by postawić "kropkę nad i" wypadałoby przyznać, że Mordechajowi Podchlebnikowi pomagał nie tylko Michał Radoszewski (wspomniany jako w "Człowiek jest mocny") nieznany polski chłop ale także inni Polacy (fakt, że nie bezinteresownie), a gdy Podchlebnik dotarł do gminy żydowskiej, do której należał (Grabów) i opowiedział czego był świadkiem w Chełmnie, Żydzi zagrozili, że... wydadzą go Niemcom (sic!).

Zacietrzewienie w udowadnianiu tezy o antysemityzmie Polaków posunięte jest w "Zagładzie w "Medalionach"..." do tego stopnia, że za utwór związany z Zagładą uznany został "Profesor Spanner" choć nie ma w nim słowa o Żydach a zeznający świadek wyraźnie mówi o ofiarach, że "przeważnie to były trupy polskie. Ale raz byli i wojskowi niemieccy, ścięci w więzieniu podczas uroczystości. A raz przywieźli cztery czy pięć trupów i nazwisko było rosyjskie". Jednak tekst Nałkowskiej sobie a Autorzy sobie. Dotyczy to zresztą także i "Dna", które fragmentarycznie omawiane jest także w kontekście Zagłady. Oczywiście papier jest cierpliwy i przyjmie wszystko, zwłaszcza jeśli "podleje" się to Adornem, Derridą i Horkheimerem, moim zdaniem jednak, zamiast powoływać się na modne autorytety lepiej byłoby przeczytać "Medaliony" ze zrozumieniem.

Ale to wszystko nic w zestawieniu z wykorzystanymi, jako kluczowymi dla udowodnienia antysemityzmu Polaków, nowelami "Kobieta cmentarna" i "Przy torze kolejowym". I na pierwszy rzut oka można powiedzieć, racja, przecież antysemityzm kobiety z Powązek jest wprost deklarowany więc o czym tu jeszcze można mówić. A jednak. Czy przez ten "wyssany z mlekiem matki" antysemityzm traktowany jako dogmat nie przebija się zwykłe ludzkie współczucie? Czy przez skorupę abstrakcyjnej niechęci nie przebija się żal i litość nad cierpieniem i śmiercią konkretnych ludzi, czy to naprawdę jest niewidoczne? Przecież można powiedzieć, że antysemityzm kobiety cmentarnej lokuje się (co prawda nie dokładnie w tym samym miejscu ale jednak) po tej samej stronie co "antysemityzm" Zofii Kossak, która ryzykowała własne życie pomagając Żydom. W zderzeniu z rzeczywistością, u kobiety cmentarnej pojęcie Żyd zostaje przesłonięte przez słowo człowiek - nie bez kozery w jej opowieści, o tym czego była świadkiem, ani razu nie pada w odniesieniu do ofiar słowo Żyd. Jednak możliwości takiej interpretacji w "Zagładzie w "Medalionach"..." próżno szukać, co się dziwić, przecież nie pasuje do założonej tezy.

Nie lepiej jest z "Przy torze kolejowym". Czego tam nie ma, a to dowiadujemy się, że "wrogiem (...) nie okazują się - co zaskakujące - Niemcy", a jeśli nie oni to wiadomo kto - Polacy. A to że "rozpoznali, osaczyli, pilnowali ofiary i wzajemne dyscyplinując się grupy uniemożliwili ucieczkę" rannej Żydówce itp. itd. Raz wysuwane są pretensje do "małomiasteczkowego franta", że uniemożliwił rannej kobiecie samobójstwo innym razem, że spełnił jej prośbę zabijając ją. Nawiasem mówiąc, zdumiewające jest, że w tych "ponowoczesnych czasach", kiedy prawa obywatelskie zdobywa sobie eutanazja, zadanie śmierci na żądanie przedstawia się w kategoriach zarzutu.

To prawda, "Przy torze kolejowym" dotyka polskiego antysemityzmu - ale nie w takim wymiarze jak to sugerują Autorzy. Jest w postawie gapiów strach przed donosicielstwem, i to nie bezpodstawny, w końcu ktoś doniósł o rannej kobiecie policjantom. Ale strach przed innymi Polakami, strach przed represjami nie są jeszcze dowodem antysemityzmu. Nie każdy zdobywa się na bohaterstwo. Równie dobrze, można by zapytać, dlaczego dwaj towarzyszący kobiecie w ucieczce mężczyźni zostawili ją i nie zabrali ze sobą do lasu, kiedy jeszcze było można? Jednak niewygodnych dla siebie pytań Autorzy nie stawiają, wygodniej jest historię coup de grâce przedstawić jako opowieść o polskim antysemityzmie.

I tak można by jeszcze i jeszcze, tylko w sumie po co? Tomasz Żukowski wspomina, że wokół "Medalionów" toczy się "kulturowa gra" - i z tym wypada się w pełni zgodzić, tom "Zagłada w "Medalionach"...", który redagował, jest tego wyraźnym przykładem. 

czwartek, 5 stycznia 2017

Ucho od śledzia, Hanna Ożogowska

Usiłuję przekazać dziecku międzypokoleniową "pałeczkę czytelniczą" ale mam wrażenie, że jakoś słabo mi to idzie. Mój zawód i konsternacja jest tym większe, że wybieram swoje ulubione książki, crème de la crème z okresu kiedy sam zaliczałem się do "młodszej młodzieży". Tymczasem ich lekturze towarzyszą tzw. mieszane uczucia, sentyment miesza się z rozczarowaniem i poczuciem, że czas bardzo srogo i niesprawiedliwie obszedł się z tym co sprawiało kiedyś tyle przyjemności.. I nie inaczej jest z "Uchem od śledzia" i na nic zdała się nawet świadomość jego obecności na Liście Honorowej IBBY.


Niestety, nawet jeśli weźmie się pod uwagę, że zasadnicze kłopoty sześcioklasistów, pozostają ciągle takie same i sprowadzają się do tego jak przeżyć kolejny dzień w szkole bez strat zarówno w relacjach z rówieśnikami jak i "ciałem gogicznym" (jak pisał klasyk) oraz problemów "damsko-męskich" na miarę trzynastolatków, książka Ożogowskiej jest archaiczna. Tym czym przegrywa, to realia przełomu siermiężnych lat 50- i 60-tych.

Trudno dzisiaj sobie wyobrazić dziecku, że jazda windą w wieżowcu może być atrakcją (chyba że byłaby to winda w Pałacu Kultury i Nauki albo w Sky Tower), a telewizor i pralka z wyżymaczką (ciekawe, czy jakieś dziecko wie jeszcze, co to takiego?) były szczytem marzeń domowników. Albo cóż to za atrakcja - klaser na nalepki od zapałek?! Phi! O co chodzi z tą ekscytacją pomarańczami (przecież nikt, kto w nie żył w prlu nie wie, że rzucano je dwa razy do roku; przed Wielkanocą i Bożym Narodzeniem - tak przynajmniej było w spożywczaku na mojej ulicy) albo artykułami spożywczymi z zagranicy? Wycieczka do Czechosłowacji (co to w ogóle jest?), kiedy szkolne wycieczki za granicę nie są niczym nadzwyczajnym, też nie ekscytuje. Niestety, nawet interesujący pomysł by akcja rozgrywała się wśród sublokatorów przedwojennego "ostańca",  w mieszkaniu, w którym jest "trochę jak w teatrze, co pokój to inne przedstawienie, inni aktorzy i tyle nowych obserwacji" dzisiaj nie działa bo trudno dziecku wyobrazić sobie, że pięć obcych sobie rodzin musi korzystać z jednej toalety i łazienki i tej samej kuchni. Można powiedzieć, że na szczęście.

Niestety, to wszystko sprawia, że stają się niezbędne glosy do opisów realiów tamtych lat i "przykrywają" one naprawdę istotne problemy, których dotyczy "Ucho od śledzia", czego tu nie ma, choćby przemoc (fizyczna i psychiczna) i alkohol w rodzinie - nikt z bohaterów nie dziwi się, że matka bije Witka, to że Michał bije się z ojczymem też nikim specjalnie nie wstrząsa. Nad Agnieszką znęcają się psychicznie jej krewni - cóż, bywa. A, że konsekwencje spadają na ofiary a nie na sprawców, to cóż można na to poradzić? Ta tolerancja wobec przemocy w stosunku do dziecka sprawia, że zachowanie Michała wobec rówieśników i dorosłych staje się zrozumiałe. To prosty mechanizm obronny krzywdzonego dziecka, które widzi, że w jego świecie racja należy tylko do tych, którzy mają obrotny język, najlepiej poparty silną pięścią i którzy myślą tylko o sobie.  

Można by powiedzieć, że jak na to, co go w  życiu spotkało, główny bohater "Ucha od śledzia" i tak nie jest jeszcze taki zły. Bo cóż właściwie takiego robi - "odszczekuje się" dorosłym odmawiając im jednostronnego prawa wyrażania opinii na jego temat, "odwdzięcza się" im jak może na swój dziecinny sposób wykorzystując ich słabości. Mogło być znacznie gorzej. Nie mniej ważne jest ustalenie hierarchii w życiu szkolnym, także i tu wartości ze świata dorosłych sprawdzają się, choć młodzieńczy idealizm (by nie powiedzieć naiwność) stanowi dla skuteczną (w powieści) zaporę. Nie obyło się bez wątków feministycznych ale bez rewelacji, czyli kobiety gotują, piorą i sprzątają, tak jak było od początków świata "gdy Adam orał a Ewa przędła".

U mojego dziecka niestety "Ucho od śledzia" przegrało z Maleszki. Żałuję, bo darzyłem tę książkę wielkim sentymentem i tylko niewielkim pocieszeniem jest myśl, że być może po prostu się z nią pospieszyłem bo przecież zwyczaj noszenia przez chłopców dziewczynom teczek ze szkoły ciągle funkcjonuje (tak mi się przynajmniej wydaje) więc przyjdzie na nią jeszcze czas.  

wtorek, 27 grudnia 2016

Przeminęło z wiatrem, Margaret Mitchell

Wow! To jest dopiero powieść, to jest dopiero romans! Do "Przeminęło z wiatrem" mam specjalny stosunek za sprawą rodzinnej opowiastki mojej Mamy, co prawda dotyczącej nie książki lecz filmu (wersji z Vivien Leigh i Clarkiem Gable) ale nawet gdyby nie to, powieść Margaret Mitchell i tak stanowiłaby pierwszorzędny dowód na to, że romans wcale nie musi obrażać dobrego smaku i inteligencji czytelnika. Co prawda lista książek tego rodzaju jest długa: "Anna Karenina", "Cierpienia młodego Wertera", "Cichy Don", "Czerwone i czarne", "Duma i uprzedzenie", "Lalka", "Niebezpieczne związki", "Portert damy", "Wichrowe wzgórza", "Wiek niewinności" itd., itd., itd. Ale jakby tej listy nie wydłużać, nie ulega wątpliwości, że zawsze i to w czołówce byłoby na niej "Przeminęło z wiatrem".


Oczywiście, że można chwilami przecierać oczy ze zdumienia, zwłaszcza gdy czytelnik dowiaduje się (i jest w tej wiedzy wielokrotnie upewniany) jakim to nieszczęściem dla Murzynów było zniesienie niewolnictwa i jak dobrze byli traktowani w Georgii przez swych właścicieli, a sama Georgia przed wojną secesyjną była krainą mlekiem i miodem płynącą, którą zniszczyli źli Jankesi (przedstawiani tak, jakby jadali małe dzieci na śniadanie). Nie da się ukryć, chwilami apologia Południa budzi konsternację ale przecież, to co w książce najważniejsze to romans wszechczasów Scarlett domo O'Hara i Retta Butlera, przebijający wszystko co wcześniej w tej dziedzinie w literaturze wymyślono i wymykający się próbom standaryzacji. Niby jest jasne od początku, że coś między tymi dwojga będzie się działo ale okazuje się, że im dłużej czytelnik ich poznaje, to tym bardziej ich relacje odbiegają od tego, czego można byłoby się spodziewać i do czego przyzwyczaiły nas klasyczne, że tak powiem, romanse. Margaret Mitchell udało się stworzyć pełnoplastyczne, żywe postacie, które swoim postępowaniem wymykają się jednoznacznym ocenom.

Taka Scarlett, początkowo trochę śmieszy, trochę irytuje ze swoim zachowaniem "słodkiej idiotki" dopisującej do swojej listy wielbicieli kolejne "ofiary", nieświadomie idąc śladem matki "na złość babci odmraża sobie uszy" i z zawiedzionej miłości wychodzi za mąż za pierwszego lepszego, który się napatoczył, a potem żyje ułudą miłości i ze zranionym sercem. Tyle, że o ile matka mogła się sprawdzić i znaleźć ucieczkę od codzienności w filantropii, to przed córką stanęło zadanie nieporównanie trudniejsze. To już nie jest "zachciewajka" zamożnej, nudzącej się plantatorki, usiłującej nadać sens swemu życiu ale walka o przetrwanie, której wynik wcale nie jest oczywisty. W tej walce poznajemy zupełnie inną kobietę, godną szacunku za determinację i pracowitość ale też tracącą sympatyczne rysy w dążeniu do celu.

O ile można ją z bezwzględności wobec domowników w Tarze usprawiedliwić, to nie da się jednak bronić jej postępowania w dziedzinie, która okazuje się dla niej drugo- a może i trzeciorzędna. Chodzi o macierzyństwo - w którym nie sprawdza się na całej linii, a co trudno jest w gruncie rzeczy zrozumieć, biorąc pod uwagę jej przywiązanie do rodzinnej posiadłości. Nawet ona tak twardo stąpająca po ziemi i żyjąca dniem dzisiejszym powinna zdawać sobie sprawę z własnej śmiertelności - jakie znaczenie może mieć ochrona stanu posiadania, jeśli nie widzi się przyszłości. Traktując Tarę jako coś trwałego, stanowiącego wartość samą w sobie i jednocześnie traktując obowiązki macierzyńskie jako zło konieczne, godzi się mimowolnie na przejście Tary w obce ręce, ale tego jej rozumek nie ogarniający "metafizycznych" i "abstrakcyjnych" problemów nie pojmuje.

A Rett? - ten uroczy cynik, łamacz damskich serc, który pod skorupą cynizmu i bezwzględności ukrywa odwagę, bohaterstwo, szlachetność i miłość. Nie da się ukryć, że choć to on w tym związku zawsze miał pozycję dominującą, to w porównaniu ze Scarlett wypada trochę cukierkowato. Wiadomo, nigdy nie przekroczy tej ostatecznej granicy i nie okaże się świnią par excellence. Zaskakuje dopiero w finale "wyzwalając się na niepodległość" tyle, że to decyzja poniewczasie i tym razem błędna (bodajże czy nie jest to jego jedyna pomyłka w relacjach ze Scarlett) bo podjęta wówczas, gdy do Scarlett wreszcie dotarła prawda o jej "obiekcie cichych westchnień". Ale tu znowu okazuje się, jaka to z niej twarda sztuka, widać że niezależnie od tego jak ułożą się jej relacje z mężem da sobie radę w życiu - z nim lub bez niego. Ale co się dziwić, w końcu jakby nie było "Przeminęło z wiatrem" to powieść feministyczna, co tym razem wcale, jak się okazuje, książce nie szkodzi.

Co tu dużo mówić - rewelacja!

czwartek, 22 grudnia 2016

Wesołych Świąt

Wszystkim, którzy tu zaglądają,
obojętnie, często czy rzadko, specjalnie czy przypadkowo,
z okazji Świąt Bożego Narodzenia, 
życzę zdrowia, szczęścia 
i książek pod choinką 
                                                                                   Marlow


wtorek, 20 grudnia 2016

Córka Tuśki, Gabriela Zapolska

Jaka szkoda, że Gabrieli Zapolskiej zabrakło talentu powieściopisarskiego. To mogła być świetna książka obyczajowa bijąca na głowę choćby Sienkiewiczowskie próby zmierzenia się z ówczesnymi problemami społecznymi, a wyszła ramotka, chwilami sentymentalna do bólu, z dydaktycznym zacięciem, wymagająca dzisiaj od czytelnika sporego samozaparcia.


Szkoda, naprawdę szkoda, bo Zapolska przedstawia obraz rodziny początków XX wieku z jej problemami, które wcale nie są tak odległe od tego na co dzisiaj zwraca uwagę literatura feministyczna. To jakby rozwinięcie "Moralności pani Dulskiej" przynajmniej jeśli chodzi o niektóre wątki. Dramat małżonków, którzy duszą się w swoim małżeństwie. Zachowując pozory mieszczańskiej stateczności prowadzą podwójne życie, znajdując w nim bezpiecznik od codziennych męczarni przebywania we własnym towarzystwie. Ona to niewydarzona Emma Bovary, on - "zbuntowany" Felicjan Dulski, każde z nich podejmuje grę wobec drugiej osoby ale te ich gierki mają swoją granicę. Żadne z nich nie odważy się na jasne postawienie sprawy. Wiedzą, że jest źle, ale zdają sobie sprawę, że byłoby jeszcze gorzej; widmo skandalu, katastrofy majątkowej, to jest to co ich trzyma razem. To nawet nie są źli ludzie, tylko że przerosła ich proza życia.

Miłość, jeśli wo ogóle między nimi kiedykolwiek była szybko wygasła, okazuje się, że wspólne życie to nieporozumienie, prowadzą je bo tak wypada ale nie tego po sobie oczekiwali, nie tak miało być. Może gdyby jeszcze potrafili ze sobą rozmawiać i chcieli się wzajemnie zrozumieć - ale oni trwają na z góry upatrzonych pozycjach, wraz ze swoimi urazami i niemożliwością zrozumienia drugiej strony. Pewnie gdyby wiedzieli o sobie od początku to, co wiedzą po kilkunastu latach po ślubie, nigdy by się nań nie zdecydowali. Ale stało się i jakoś trzeba dalej w to brnąć.

Ale to nie rodzice grają w powieści pierwsze skrzypce lecz ich jedyna córka, chowana pod korcem, zaskakująco niewinna i naiwna jak na atmosferą, w której żyje, odpowiednik Meli z "Moralności pani Dulskiej".  Zaskakujące, że jej bracia, też przecież wychowywani w tym samym domu i tak różni od siebie widzą i rozumieją znacznie więcej. Wkraczają w okres młodzieńczego buntu i bezkompromisowego, czarno-białego widzenia świata, gdzie nie ma nic połowicznego, żadnych szarych odcieniu ale naiwne przekonanie, że na każde pytanie można odpowiedzieć tak albo nie, albo - albo. A ona - nie, to błędna owca, zupełnie nie rozumiejąca tego co dzieje się na jej oczach, uciemiężona niewinność, tyle że nie przez złego władcę ale przez własną matkę, która miota się pomiędzy pragnieniem miłości a zachowaniem pozorów mieszczańskiej moralności.

Dziwna sprawa, że Zapolska opisując zakłamaną atmosferę przeciętnej (?) mieszczańskiej rodziny, sympatyzując z niektórymi jej członkami, choć ich postępki nie zawsze zasługują na pochwałę, to jednocześnie zaprogramowana jest na niechęć do stanu niższego, tak jakby był on dla niej, z definicji gorszy. Widać to zwłaszcza w przypadku romansu głowy rodziny. Ma się wrażenie, że Zapolska jakoś rozumie jego chęć ucieczki w "stosunki" z domową krawcową a jednocześnie wyraźnie jej antypatię w odniesieniu do jego kochanki. Jej uczucie sprowadza się do wyrachowanej chęci wyciągnięcia korzyści z omotania "pana". O ile Hanka w "Moralności pani Dulskiej" walczy o swoje dopiero, gdy zostaje skrzywdzona, to Władka od początku wie, że musi per fas et nefas wyszarpać innym to co jej się należy. Ale to potępienie kobiety, która stara się wydobyć na powierzchnię wychodzi w "Córce Tuśki" słabo, bo czytelnikowi trudno pogodzić się z dychotomią: nic nierobiąca pani domu i szwaczka chwytająca się każdego sposobu byleby tylko poprawić swój ubogi byt.

Nie wiem na ile powieść Zapolskiej oddaje realia epoki, nawet jeśli niektóre wątki wydają się niewiarygodne i postawa bohaterów infantylna, to sama w sobie mogłaby się mieć i dzisiaj całkiem nieźle gdyby tylko Zapolska poskromiła swoją emfazę i moralizatorskie zapędy. 

piątek, 16 grudnia 2016

Głód, Knut Hamsun

Mogła być to kiedyś szokująca lektura, ale dzisiaj, po doświadczeniach masowych śmierci głodowych Wielkiego głodu na Ukrainie i II wojny światowej Knut Hamsun nie jest w stanie zaskoczyć współczesnego czytelnika. Co tu zresztą pisać o braku zaskoczenia, gdy tak naprawdę "Głód" irytuje, a przecież nie powinien, bo jakże to, żeby dramat staczającego się w nędzę człowieka mógł irytować?! A jednak! 


Bo jakoś nie do końca przekonuje opis głodu, w którym walczy on o lepsze z dumą głównego bohatera powieści. Poczucie dumy, próba zachowania godności, także za cenę kłamstwa (to w końcu niezbyt wygórowana cena) nie jest niczym nagannym. Próba zachowania pozycji społecznej i obrony przed deklasacją raczej pozytywnie świadczy o człowieku. Ale kładąc na szali uczucie głodu oraz ludzką godność i mając w pamięci doświadczenia, o których już wspomniałem wcześniej, a o których Hamsun nie mógł nic wiedzieć, jest dla nas od początku oczywiste, na którą stronę przeważy się szala. Z naszego punktu widzenia przeżycia bohatera są więc tylko bezsensownym miotaniem się, z góry skazanym na klęskę. A ta klęska w postaci ostatecznej decyzji bohatera nie wydaje się jakimś boskim dopustem. Raczej zwycięstwem rozsądku, choć w opłakanych okolicznościach w dużej części zawinionych przez głównego bohatera "Głodu".

Pozostanie zagadką Hamsuna i jego postaci, dlaczego praca inna niż pisarska miała stanowić ujmę dla jego bohatera. Dlaczego nie mógł robić jednego i drugiego (skoro Martin Eden umiał to jakoś pogodzić, to dlaczego on by nie mógł?), skąd wreszcie przekonanie, że warunkiem koniecznym i jedynym pisarstwa jest wena a nie także mozolny trud. Jakim prawem ma żal do współobywateli, skoro i tak doświadczył ich litości?

A mówić szczerze, bohater Hamsuna szybciej niż litość wywołuje zdziwienie, jakim cudem tak niewiele w gruncie rzeczy robiąc we własnej sprawie staczał się w nędzę tak wolno. Widzimy przecież marudnego, roszczeniowego człowieka, o przesadnie wielkim mniemaniu na swój temat, który nie potrafi się zmobilizować do systematycznej pracy. Trudno do kogoś takiego nabrać sympatii i litować się nad nim. Chciałoby się raczej powiedzieć - "chłopie, weź się w garść i zacznij coś robić". I tak miał szczęście do ludzi, którzy dawali mu pokój i wyżywienie za darmo. Nie ma się co unosić nieuzasadnioną dumą i przekonaniem o swoich nadzwyczajnych walorach, jeśli okazuje się, że te walory nie mają specjalnej wartości w oczach innych. Może więc one rzeczywiście nie są jakieś nadzwyczajne. To więc, że w końcu do niego dociera, że czas się wziąć do roboty nie wydaje się czymś specjalnie tragicznym. Wreszcie!

"Głód" należy do najbardziej znanych książek Knuta Hamsuna i chyba w ogóle powieści skandynawskich pisarzy (z wyłączeniem, oczywiście, autorów skandynawskich kryminałów - ale tych nie liczę) ale daleko mu do miana najlepszej. Dzisiaj potraktowałbym ją raczej jako literacki dowód tamtych czasów, który może być ciekawy dla mieszkańców Oslo nie ze względu na przeżycia głównego bohatera powieści lecz topograficznych podróży po mieście, które on odbywa, ale żeby to docenić trzeba by się przeprowadzić do Oslo...