niedziela, 14 maja 2017

Za drutami, Antologia pamięci 1939-1945

Cztery lata - tyle potrzebowałem by powrócić do "Antologii pamięci". Sam nie wiem czemu przerwałem jej lekturę - chyba z powodu depresyjnego klimatu, którym byłem już za bardzo zmęczony. Może i dobrze, bo przed tomem "Za drutami" przydatny jest głęboki oddech.


Jak na każdą dotychczas przeczytanych części antologii, także i na tą składają się teksty lepsze i powiedzmy... dyskusyjne z różnych zresztą powodów. Linia podziału przebiega bardzo nieregularnie. Do tej pierwszej grupy z pewnością zaliczyć można fragmenty z "I boję się snów" Wandy Półtawskiej, poświęcone eksperymentom na kobietach przeprowadzanych w obozie Ravensbruck wciskające ze zgrozy czytelnika w fotel. Nie wymagają rekomendacji teksty Tadeusza Borowskiego, Seweryny Szmaglewskiej (te z "Dymów nad Birkenau") i Gustawa Morcinka.

Ale zapytać już można co w zbiorze robi "Doktor Spanner" Zofii Nałkowskiej choć w jej "Medalionach" są przecież szkice poświęcone obozom. Nieporozumieniem, są opowiadania Stanisława R. Dobrowolskiego i Adolfa Rudnickiego zamieszczone chyba tylko dlatego by wypełnić jakoś plan antologii ułożony chronologicznie, począwszy od transportu do obozu, poprzez dzień codzienny po wyzwolenie i okres poobozowy. Teksty te są i mało interesujące literacko, a i ich wiarygodność jest niewielka ponieważ żaden autorów nie był więźniem.

Zresztą, mówiąc szczerze, przeszłość obozowa nie przekłada się automatycznie na literacką jakość ich tekstów. Nie wątpię w tragizm przeżyć więźniów-autorów ale przełożenie tego na papier nie zawsze się sprawdza, zwłaszcza jeśli za punkt odniesienia bierze się to co z literatury obozowej najlepsze. Tak jest w przypadku "Człowiek staje się numerem" Krystyny Żywulskiej pisanym z punktu widzenia niezłomnej i dumnej Polki, pokrewnemu temu co Zofia Kossak prezentowała w "Z otchłani""Walczącego obozu" Tadusza Hołuja, gdzie można odnieść wrażenia, że najważniejsza dla więźniów była polityka i partia (coś na wzór "Nagiego wśród wilków" Bruno Apitza) czy "Ludzi podziemnych" Michała Rusinka.

Mnie zaintrygowało opowiadanie Ryszarda Gerta "Trzeba głęboko oddychać", (najciekawsze z całego zbioru, obok "Szewca Ajzyka" Jerzego Rawicza, podejmującego problem pogodzenia się ze złem) trochę w stylu Tadeusza Borowskiego, przedstawiające dylematy kapo, który musi wybierać pomiędzy miłością a chęcią przeżycia. Jego wymowę osłabia jednak świadomość, że wbrew temu co można wyczytać na Lubimy czytać autor wcale nie był więźniem niemieckich obozów koncentracyjnych, co nie zmienia faktu, że jego biografia wcale nie jest przez to mniej ciekawa.

Trochę szkoda, że w antologii zamiast mniej udanych tekstów nie zamieszczono choćby "Za drutami śmierci" Abrahama Kajzera i "Anus mudni" Wiesława Kielara, no ale ta ostatnia książką nie miała na to szans z oczywistych względów, bo ukazała się już po wydaniu antologii.   

niedziela, 7 maja 2017

Lot nad kukułczym gniazdem, Ken Kesey

Nie wiem, czy to jakiś przedziwny zbieg okoliczności, ale nie trafiłem jeszcze na słabą książkę, której bohaterem jest chory psychicznie - "Ptasiek" Whartona, "K-Pax" Brewstera, "Obłęd" Krzysztonia z naszego podwórka i oczywiście "Lot nad kukułczym gniazdem". Książka z gatunku tych, o których mówi się - kultowa, choć swoje, na tym polu, zrobił pewnie też i film Milosa Formana.


Dziwna sprawa, ale książki Keseya w gruncie rzeczy nie odbiera się jako powieści o wariatach, żyjących w psychiatryku pod opieką personelu, który w gruncie rzeczy sam wymagałby opieki psychiatrycznej, wydawałoby się, że jest to jej najbardziej oczywiste odczytanie. To raczej parabola ukazująca stłamszenie wolności człowieka przez instytucje państwa. Zaskakujące, że to przykrawanie do obowiązującego wzorca odbywa się na własne żądanie ludzi, którym wmówiono niedostosowanie do obowiązujących norm. Okazuje się tymczasem, że to niedostosowanie jest wynikiem wrażliwości, wrażliwości na uczucia matki, żony czy też na społeczną dyskryminację. Jeśli ktoś dostrzega wady w społecznej maszynerii i nie godzi się z nimi to tym gorzej dla niego.

Dlatego też, "Lot nad kukułczym gniazdem" czyta się raczej jako książką o potrzebie wolności, o buncie, o niezgodzie na świat, w którym niewiele mamy do powiedzenia i który inni meblują nam mówiąc, że wiedzą lepiej od nas co jest dla nas dobre a co złe i odmawiają nam prawa dokonywania własnych wyborów. Jest gdzieś granica pozwolenia na taki porządek. Robimy to z różnych powodów, z obawy, pod namową, z niewiary we własne siły ale okazuje się, że nie jesteśmy gorsi od tych, którym wydaje się, że mają prawo decydowania o nas za nas. Że jeśli tylko chcemy możemy się z tych więzów, które w dużej mierze sami pomogliśmy sobie założyć wyzwolić. Jest gdzieś granica, trzeba tylko by ktoś nam pokazał, że da się ją przekroczyć, jeśli tylko naprawdę chcemy i zechcemy zadecydować sami o sobie.

Ci którzy decydują za nas, ze swoim poczuciem władzy sądzą, że są nieomylni, nie dlatego, że są inteligentniejsi od nas, mądrzejsi lecz tylko dlatego, że sądzą, iż mają nad nami władzę. W powieści Keseya władzę sprawuje, uzurpując ją sobie, siostra Ratched. Ta okoliczność sprawia, że książkę można doskonale "wyzyskać feministycznie", że tak powiem. Czyż uczynienie przez Keseya (mężczyznę) siostry oddziałowej (kobiety) postacią tłamszącej wolność, niszczącej osobowość pacjentów (mężczyzn) nie nadaje się do tego?! Nie wątpię, że krytyka ponowoczesna już się tym problemem zajęła, a jeśli nie to najwyższy czas ku temu by "zdekodować" ten przejaw męskiego szowinizmu niepotrafiącego się pogodzić z tym, że kobieta także może sprawować władzę.

Ale oczywiście nie dlatego "Lot nad kukułczym gniazdem" jest świetną powieścią. Jakoś jest tak, że w trakcie lektury "akcentu matriarchalnego" wcale nie odbiera się jako dominującego. Książka byłaby równie przejmująca gdyby na miejscu siostry Ratched znajdował się jakiś mężczyzna ogarnięty rządzą władzy. Zresztą siostra z oddziału furiatów i czarni (w czym zapewne krytyka postkolonialna znalazłaby dowód na na rasizm autora) pokazują, że zło u Keseya nie jest immanentną częścią kobiety lecz jest cechą ogólnoludzką, podobnie jak jest nią także dobro. 

środa, 3 maja 2017

Homo Faber, Max Frisch

Nie będę udawał, Max Frisch mnie nie przekonał. A wydawało się, że wszystko jest na dobrej drodze - status jakim cieszy się autor i jego "Homo Faber", wróżyły jak najlepiej. I nawet nie to, bym mógł powiedzieć, że książka jest słaba, bo nie jest. Po prostu jest nieprzekonująca i nie pomogło jej nawet to, że akcja rozgrywa się miejscach, które za młodu sam poznałem i mój sentyment do nich. W niczym nie zmienia to faktu, że "iluminacja" jakiej doznał główny bohater i jego przemiana są tak nieprzekonujące psychologicznie, że niebezpiecznie ocierają się o temat w sam raz do jakiejś opery mydlanej.  


Frisch sprzedaje "ciemnemu ludowi" (jakby to powiedział "klasyk") łzawą historyjkę w serwowanym łopatologicznie sztafarzu nawiązującym do antycznego dramatu. Czytelnicy mają uwierzyć, że do zapatrzonego w siebie faceta, przez całe życie traktującego ludzi, z którymi przyszło mu się zetknąć, niczym kierowca przydrożne drzewa, nagle dociera, że wartość życia mierzy się poprzez pryzmat tego jakim jest się dla innych.

I cóż takiego się stało, że nagle doznał takiego olśnienia - spotkał w samolocie brata przyjaciela z młodości, z którym nie widział się przez dwadzieścia lat? Czy ktoś w to uwierzy - że rzuca wszystko by spotkać się z człowiekiem, z którym nic go nie łączy? Cóż z niego za homo faber, skoro dla impulsywnej zachcianki ryzykuje powodzenia wielkiego projektu. A może to nie jest żaden człowiek pracy bo przecież w jego działaniach nie chodzi o samą istotę pracy lecz chodzi mu o niego samego? Nie interesuje go wszakże głębszy sens pracy, to co ona za sobą niesie dla innych lecz to jak ona sytuuje go wobec nich, to co z niej "wyciśnie" dla siebie.

Czytelnik ma uwierzyć, że tytułowy bohater z jednej strony ignoruje uczucia kobiety, z którą jest związany a jednocześnie jest wrażliwy jak mimoza w relacji z przypadkowo spotkaną dziewczyną, którą widzi pierwszy raz w życiu. Jak na człowieka, wydawałoby się uporządkowanego (w tym sensie, że wszystko podporządkowującego zawodowym zadaniom stawianym przez jego pryncypałów), trochę to dziwne. Jeszcze przed chwilą opędzał się od kochanki i wizji ustabilizowanej przyszłości a tu nagle chce mu się jakichś rozrachunków z przeszłością i myśli o małżeństwie z dwudziestolatką. Dlaczego? Co takiego się stało? Czyżby to wszystko zaczęło się od tego, że rozbolał go brzuch na lotnisku?!  

Jakoś tego nie kupuję. Mam uwierzyć, że ten idący po trupach do celu, oszukujący innych i siebie egoista nagle doznaje skrupułów? Bo jakże to, planuje małżeństwo z własną córką a jednocześnie nie konsumuje tego związku wcześniej. Czyżby Frisch bał się pójść na całość i nie odważył się postawić kropki nad i bo Walter Faber upadłby już na samo dno i nie byłoby już dla niego żadnego ratunku? A to dopiero byłoby coś! A tak wyszła jakaś dziwaczna gradacja, pomiędzy kazirodczym narzeczeństwem a kazirodczym małżeństwem. Czyżby to pierwsze miało być mniej obrzydliwe od drugiego?

No i jeszcze to upozowanie postaci na kształt bohaterów antycznego dramatu, w którym przebaczenie win i chęć odkupienia wcale nie gwarantuje szczęśliwego zakończenia bo i tak dosięga ich śmierć. Miało to chyba dodać powieści Frischa głębi, ale jest tak przejrzyste, że odbiera "Homo Faberowi" walor literackiej gry z czytelnikiem sprawiając jedynie wrażenie taniej pozłoty. A jak wiadomo, nie wszystko złoto co się świeci. 

wtorek, 25 kwietnia 2017

Zły, Leopold Tyrmand

Przeczytałem "Złego"... Pamiętam swoje zdziwienie, po pierwszym z nim spotkaniu, dwadzieścia lat temu z okładem, o co ten cały hałas, cóż to znowu takiego? Kryminał, którego akcja toczy się w Warszawie, wielkie mi rzeczy! Teraz już wiem, czemu książka narobiła tyle rabanu, ale nie ma co ukrywać, to nie tylko wiek zrobił swoje lecz także i lata mieszkania w Warszawie, bo "Zły" jest książką bardzo mocno "stargetowaną". Oczywiście może przeczytać ją każdy ale nieznajomość topografii Warszawy odbiera powieści Tyrmanda dużą część, jeśli nie całość jej magii, także dzisiaj. A jaka ona musiała być te 60 lat temu z okładem, gdy na własne oczy można było zweryfikować prawdziwość opisów miasta, to mogę sobie tylko wyobrazić.


Wówczas "Zły" rzeczywiście musiał robić niesamowite wrażenie, skoro i dzisiaj po latach obraz Warszawy stanowi równie ważny co sama akcja, jeśli nie ważniejszy, element książki. Jakaż różnica w zestawieniu z tym co spotyka się we współczesnych produkcjach nieudolnie przenoszących akcję w przeszłość. Jakoś nie wyobrażam sobie by ktoś był w stanie współcześnie konkurować z Tyrmandem w dziedzinie odmalowania Warszawy połowy lat 50-tych. Mistrz może być tylko jeden. Nie bez znaczenia jest także i to, że oprócz portretu zniszczonego, powoli odbudowującego się miasta stworzył niebanalną powieść sensacyjną.

Niech nikogo nie zwiodą trywialne nazwiska kioskarza Kolodonta, cukiernika Kompota, milicjanta Dziarskiego czy Olimpii Szuwar, obiektu uczuć prezesa spółdzielni "Woreczek" Filipa Merynosa bo ich perypetie i perypetie pozostałych bohaterów nie są już tak trywialne i śmieszne. Pewnie, może ktoś powiedzieć, że choćby "awantury miłosne" Marty Majewskiej to szczyt trywialności (choć biorąc pod uwagę to w jakimś świetle stawiają pannę Martę chyba jednak nie są tak trywialne jakby się to na pierwszy rzut oka wydawało), nie mówiąc już o "cierpliwym wzdychaniu" prezesa Merynosa ale przynajmniej w moim przypadku, na odbiorze "Złego" zaważyły nie one, lecz losy Kuby Wirusa i Hawajki. Powiem więcej, zwłaszcza Hawajki. Jej potulna rezygnacja, pogodzenie się z losem ale ze świadomością bezpowrotnej utraty tego czegoś, czego nie zazna u boku kochającego męża, który zapewni jej stabilizację, dostatnie życie i awans społeczny na miarę jej wyobrażeń, rzuca głęboki cień na całą książkę. Happy end innej pary, bez wątpienia ważniejszej z punktu widzenie konstrukcji powieści, ale budzącej mniej sympatii, jeszcze ten cień pogłębia i w rezultacie kończy się książkę w jakimś takim lekko depresyjnym nastrojem.

Dziwne, przecież finał jest szczęśliwy - miłość kwitnie, przestępcy (nie wszyscy) złapani, sprawiedliwość triumfuje (w ograniczonym stopniu), Warszawa się odbudowuje. Co za historia, chciałoby się powiedzieć. A jednak, coś tu szwankuje, "pospolitość skrzeczy". Tylko czekać kiedy miejsce prezesa Merynosa zajmie Szaja, natura przecież nie znosi próżni, a sędzia Chwała okazała się naiwna, choć pewnie nikt by się nie zdziwił gdyby Tyrmand uczynił ją przekupną, zwłaszcza, że efekt jej decyzji byłby taki sam w obu przypadkach? Porucznik Dziarski i jego koledzy z milicji będą znowu mieli pełne ręce roboty. I cóż z tego, że złapią złoczyńców, co wcale takie pewnie nie jest, bo kto im tym razem pomoże?

Tyrmand zawiesił poprzeczkę autorom powieści kryminalnych i sensacyjnych bardzo wysoko, nie wiem czy komuś udało się ją przez te wszystkie lata od 1955 roku przeskoczyć. Pokazał, że literatura tego rodzaju, nie musi się sprowadzać do wypocin w stylu "zabili go i uciekł". Oczywiście, nie może się obejść bez przestępcy, zbrodni i kary ale nie to stanowi o rzeczywistej wartości książki. Tylko nieliczne kryminały przetrwały dzięki temu, "Zły" do nich nie należy bo przetrwał przede wszystkim jako obraz miasta przez lata nieobecnego w oficjalnym obiegu. Klimatu "Koszyków", "ciuchów" i barów dworcowych spełniających rolę "pogotowia", klimatu ruder, bram i pokątnych warsztatów krawieckich.

To co jest największą zasługą Tyrmanda, to to, że nie mitologizuje tego klimatu. Cóż za różnica, jeśli zestawi się go z Grzesiukiem (i nic to, że akcję ich książek dzieli jakieś dwadzieścia lat). W "Złym" sprawa jest jasno postawiona, "bohaterowie miasta" to nie żadni herosi ulicy kierujący się swoim kodeksem honorowym, lecz zwyczajni bandyci mniejszego i większego formatu (w tym znaczeniu, że gotowi popełnić mniejsze lub większe zło). Nie ma w nich żadnego "romantyzmu", im chodzi tylko o to by szybko zdobyć pieniądze, o to by się napić i zabawić (nie zawsze w tej kolejności). Mocni wówczas gdy czują przy sobie kolegów i których lojalność kończy się tam, gdzie zagrożony jest własny interes. Smutna prawda i upadek mitu "warszawskiego chojraka". 

środa, 5 kwietnia 2017

Cząstki elementarne, Michel Houellebecq

Spóźniłem się na dyskusję u Marty z "Leżę i czytam" ale nawet gdybym zdążył i tak bym się chyba o "Cząstki elementarne" nie awanturował, bo moje odczucia na ich temat nie są do końca sprecyzowane i należą do tak zwanych "uczuć mieszanych". Z jednej strony byłem, zdegustowany pornografią, z drugiej jednak zgadzałem się, co do oceny współczesnego społeczeństwa, mając przy tym wrażenie, że byłem w literackim gabinecie luster, w którym widzi się wyolbrzymione te cechy, które i w naturze są aż nadto wyraziste.


"Cząstki elementarne" są, że tak powiem powieścią "lokalną" w tym sensie, że odnoszą się do społeczeństwa francuskiego. Pokolenie '68 z jego kulturowym bagażem, które jest już w wieku sprzyjającym dokonywaniu bilansu u nas nie istnieje. Nie oszukujmy się, jesteśmy "IV ligą Europy" i choć występują one u nas problemy społeczeństw dobrobytu, to daleko im do rozmiarów jakie osiągnęły we Francji Houellebecqa. Nie dziwię się, że jego powieść odbiła się tam takim rezonansem - to musiało być denerwujące dla niektórych, gdy usłyszeli, że ich "nowoczesność", która "obaliła judeochrześcijańskie wartości moralne" wstawiając w ich miejsce "apologię młodości i wolności osobistej" oznacza klęskę humanizmu i stworzenie społeczeństwa zglajszachtowanego, a nieznająca granic wolność osobista znajdzie finał w praktycznej realizacji Huxley'owskiej dewizy, że "szczęśliwi ludzi to tacy, którzy nie są świadomi lepszych i większych możliwości, żyją we własnych światach odpowiednio skrojonych do ich predyspozycji".

Tak jak mogło być denerwujące skarykaturowanie bełkotu guru francuskich intelektualistów - Lacana (ciekawe ilu czytelników "Cząstek elementarnych" wie o co chodzi, gdy Houellebecq pisze, że "według hipotezy Margnau świadomość indywidualną można dołączyć do pola prawdopodobieństwa w przestrzeni Focka, określonej jako prosta suma przestrzeni Hilberta. Przestrzeń ta mogła w zasadzie być zbudowana z podstawowych zdarzeń elektronicznych, dziejących się na poziomie synaptycznych mikropunktów. Zachowanie normalne można było wówczas łączyć z elastyczną deformacją pola, czyn wolny natomiast - z pewnym rozdarciem. Ale w jakiej topologii? Nie było wcale oczywiste, że naturalna topologia przestrzeni Hilberta pozwala na stwierdzenie istnienia czynu wolnego: nie było nawet pewności, czy ten problem może być w ogóle rozważany, chyba że przy użyciu niezwykle metaforycznych określeń").

I tak jak mógł być denerwujący głos na temat fiaska modelu życia, w którym zredukowano je do indywidualnej egzystencji, w której nic nie znaczą ani przeszłe ani przyszłe pokolenia sprawia, że "pod koniec jest już tylko samotność, chłód i cisza. Pod koniec jest już tylko śmierć.", a zwłaszcza fiaska osobistego życia kobiet, "które w roku 1968 miały dwadzieścia lat, w wieku lat czterdziestu znalazły się w przykrej sytuacji. Przeważnie rozwiedzione, nie mogły znaleźć oparcia w małżeństwie - czy to z miłości, czy z interesu - zrobiły bowiem wszystko, by doprowadzić do jego rozpadu. Należąc do pokolenia, które jako pierwsze głosiło wyższość młodości nad wiekiem dojrzałym, nie mogły się dziwić, że następne pokolenie patrzy na nie z pogardą." Cóż to za policzek w twarz dla feminizmu, oświadczyć, że kobieta jest nieszczęśliwa, jeśli w życiu nie zazna miłości ze strony mężczyzny i radości macierzyństwa!

Ale wypada oddać sprawiedliwość Houellebecqowi - w jego książce przegrywają nie tylko kobiety; samotne i rozpaczliwie szukające miłości, przegrywają także mężczyźni. Płeć nie stanowi tu żadnej różnicy. Wszyscy płacą za to, że dla ich rodziców postawiony na piedestale "ideał wolności osobistej" okazał się nie do pogodzenia z nudnymi i uciążliwymi zajęciami związanymi z wychowaniem dziecka. Główni bohaterowie zresztą sami w gruncie rzeczy nie są lepsi od swych rodziców robiąc to samo co oni i zbyt późno zdając sobie sprawę z własnych błędów. Żyjąc w "świecie rywalizacji i walki, próżności i agresji, nie dane im było żyć w harmonijnym świecie; ale nie uczynili nic, żeby zmienić świat, nie uczynili nic, żeby to naprawić". Nie mają nawet tego komfortu by winę za klęskę swojego życia zrzucić na kogoś innego.

To prawda, że do Francji nam daleko, ale chyba nie aż tak daleko jak się wydaje. Niedawno przeczytałem, że Superbohaterką "Wysokich Obcasów" została piosenkarka, której "zasługą" było to, że dokonała aborcji bo... mieszkanie było za ciasne. Witamy w świecie Michela Houellebecqa. 

sobota, 1 kwietnia 2017

Znaszli ten kraj?.., Cyganeria krakowska, Tadeusz Boy-Żeleński

Nie wiem, czy gdyby Boy-Żeleński był krakusem, to wystawiłby taki "pomnik" Krakowowi, z którego choć w finale osłodzony, to jednak rysuje się obraz prowincjonalnego miasta "z pretensjami". Którego elity to "kombinacja sknerstwa, bigoterii, snobizmu", o których Żeromski pisał przed ślubem do Oktawii - "Gdybyś tu była i gdybyś widziała tę nagą głupotę, tę bezczelną podłość, to nadużycie słowa, tę pompę idiotów - śmiałabyś się do rozpuku, jak ja. Galicja - Kraków, to niewyczerpane źródło humoru, to po prostu sam humor, potrzebujący opisu. Dookoła nędza, głód, ciemnota - i ci... w swoich kontuszach i kitach...".


Boy aż tak bezkompromisowy jak Żeromski nie jest, stara się opisać Kraków przełomu wieków (XIX i XX, tak dla przypomnienia) z przymrużeniem oka, nawet nie tyle miasto, ile jego elity kulturalne, koncentrując się w szczególności na redakcji tygodnika "Czas", Przybyszewskim oraz środowisku Jamy Michalika. Nie ma co oczekiwać po książce rzetelnego obrazu Krakowa, za to mamy pełne anegdot gawędy (felietony, jak Żeleński sam określa), w których przez wszystkie przypadki odmieniany jest "Zielony Balonik" (którego Boy był członkiem), który ma się wrażenie że pełni rolę wyraziciela opinii publicznej i ma jedynie słuszne poglądy na wszystko. Mnie to jakoś skojarzyło się z podporucznikiem Dubem, który też wszystko już od dawna wiedział najlepiej i omówił przed wojną ze starostą powiatowym. Żeleński nie zapomina też o sobie, przypominając w tym człowieka, który chcąc zawsze być w centrum zainteresowania na ślubie żałuje, że nie jest panem młodym, a na pogrzebie, że nie jest nieboszczykiem, apogeum egocentryzmu osiągając przy okazji wspominków o Przybyszewskim i laurce, jaką ten mu wystawił w swoich wspomnieniach.

Rzecz w tym, że Boy sam, z rozbrajającą szczerością przyznaje, z Przybyszewskim nie rozmawiał nigdy o literaturze i w ogóle rozmawiał z nim niewiele, za to... spoglądał mu w oczy. Zapomniał jednak dodać, że pisząc swoje wspomnienia Przybyszewski doskonale wiedział, że Żeleński nie jest już szerzej nieznanym studentem medycyny spędzającym zbyt dużo czasu przy kieliszku i kartach, jak to było za czasów kiedy się znali, lecz bardzo popularną osobistością życia kulturalnego, z którą znajomość może tylko nobilitować. Nie trzeba więc być zbyt przenikliwym by domniemywać, że peany na cześć Żeleńskiego były prawdopodobnie próbą zapewnienia sobie życzliwości z jego strony, co zresztą Przybyszewskiemu się udało.

Niewątpliwie najsilniejszą stroną książki jest jej anegdotyczny charakter, nie ma co ukrywać przyprawiony sporą dozą złośliwości. Przyznam szczerze, nie jestem z tego powodu na Boya oburzony ale też nie da się ukryć, że jego dowcip jest chwilami słabej próby, jak choćby wówczas gdy winę za zapyziały klimat Krakowa przypisuje mało pociągającym, prostytuującym się pracownicom fabryk tytoniu, niezdolnym do pobudzenia wyższych dążeń u swych klientów albo gdy w anegdocie o Józefacie Nowińskim jednym tchem pisze lekko o jego samobójstwie i jednocześnie podśmiewuje się z jego imienia. Miałyby rację krakowskie matrony, po których tak "jeździ" Boy, gdyby mu zwróciły uwagę, że to bardzo nie comme il faut, oj, miałyby rację.

Ale to nie jedyny rzecz, która jakoś zgrzyta w książce i rzuca na Żeleńskiego mało pochlebne światło. Widać bowiem wyraźnie, że Boy opowiadając swoje anegdoty, ma przy tym predylekcję do czegoś, co można by nazwać oględnie elastycznymi kryteriami opisu a mówiąc wprost, oportunizmem. Jeśli wczytać się w "Znaszli ten kraj?..", widać że w wielu przypadkach (mam wrażenie, że zwłaszcza tych, w których osoby lub ich rodziny "coś mogły") poprzestaje na inicjałach postaci, tam zaś gdzie bezkarnie może poużywać nie robi sobie ceregieli i to do tego stopnia, że można dowiedzieć się, kto chorował na choroby weneryczne. Ale ta dociekliwość ma u Żeleńskiego granice. Niczym wzorcowy "brązownik" jakoś "zapomniał" wspomnieć, że wielokrotnie pojawiający się na kartach książki Wyspiański zmarł na paraliż postępowy. Wyszukując antyklerykalne smaczki a la Kostruliew (dla mnie wcale nie smaczne) jakoś umknął mu "smaczek" jakim było... pochowanie syfilityka na Skałce. To zresztą nie jedyny przykład "selektywnego" podejścia do postaci. W ten sposób potraktowany jest bowiem, wspomniany już wcześniej, Stanisław Przybyszewski. Przytaczając anegdoty dotyczące swego dawnego idola Żeleński starannie przemilcza wszystko, to co mogłoby pokazać Przybyszewskiego, takim jakim był w rzeczywistości. Dziwne, a przecież samobójcza śmierć konkubiny w ciąży, porzucenie dzieci to byłby dopiero temat. Tyle, że byłoby już tak miło i zabawnie.

Lepiej więc nie traktować książki zbyt serio. Zresztą, kogo dzisiaj mogą zainteresować te historie burz, nawet nie w szklance ale w łyżce wody, gdy toczono spór o to, czy w jednym tekście może wystąpić święta Kinga i... gatki, może oprócz krakusów i tych, którzy interesują się historią literatury albo historią sztuki okresu Młodej Polski i lubią poczytać ploteczki "z myszką". 

wtorek, 28 marca 2017

Stąd do wieczności, James Jones

"Każda (...) powieść ma jakąś moc. Tylko, że zwyczajna działa słabo... Rozumiesz, trochę cię rozśmieszy, trochę wzruszy, możesz się rozpłakać, nawet przestraszyć trochę, no... jednym słowem przejąć, ale to nic groźnego, zaraz wracasz do normy. Tymczasem z tą książką jest inaczej. Ona cię, (...), obezwładnia, opanowuje zupełnie." Co prawda jest to opinia Stefka Żarłocznego na temat "Przygód Anatola Stukniętego na początku", którą wyłożył Gustkowi Cykorzowi ale wydaje mi się, że w dużej mierze mogłaby się odnosić także do książki Jamesa Jonesa.

Przytrafiło mu się to, co zdarzyło się wielu pisarzom, mimo że napisał kilka powieści, tak naprawdę został autorem jednej -  "Stąd do wieczności". Niewątpliwie do jej popularności przyczynił się film z Burtem Lancasterem i Montgomery Cliftem (ale kto dzisiaj oglądałby jeszcze film sprzed prawie 60 lat, kiedy można obejrzeć ładny, lukrowany hit z Kim Beckinsale i Benem Affleckiem w rolach głównych). Także książka zdecydowanie miałaby pod górkę, nie ma tu bowiem tej amerykańskiej papki gwarantującej sukces, bo gwiaździsty sztandar nie powiewa tu dumnie w finale, romanse kończą się bez happy endu, no i jeszcze te wyraźne homofobiczne akcenty. Dzisiaj to by nie przeszło.


Ale wydaje mi się, że paradoksalnie, właśnie to sprawia, że książka znakomicie przetrwała lata i nic się nie zestarzała. To nic, że jej akcja rozgrywa się wśród żołnierzy amerykańskich, na Hawajach, w przededniu ataku na Pearl Harbor. Ma się wrażenie, że równie dobrze mogłaby się rozgrywać w każdym innym czasie i w zupełnie innym miejscu. Zamknięte środowisko, ze swoimi pisanymi i niepisanymi prawami zdominowane przez mężczyzn właśnie poprzez zupełny brak poprawności politycznej wygląda bardzo autentycznie i realistycznie. Nikt nie jest tu też jednoznacznie dobry albo jednoznacznie zły (może z kilkoma wyjątkami), choć oczywiście są postacie, które budzą sympatię bądź antypatię czytelnika ale żadna z nich nie jest jednowymiarowa. Nie są w tym wyjątkiem główni bohaterowie. Ich poczucie sprawiedliwości i wiara w słuszność własnej postawy, chwilami drażniąca bo przecież, stojąca na przeszkodzie ich karierze i szczęściu, tak jak są one powszechnie odbierane, ale jednocześnie budząca sympatię i podziw, idzie ramię w ramię z alkoholizmem i przedmiotowym traktowaniem kobiet, które dla obu są przedmiotem zaspokojenia żądzy ciała.

Mimo, że "Stąd do wieczności" jest przede wszystkim powieścią o zachowaniu prawa do bycia sobą w zhierarchizowanej machinie jaką jest armia, próbie ocalenia cząstki własnej wolności, to jednak mi najbardziej interesujące wydały się wątki feministyczne. Owszem, mechanizmy rządzące instytucją, która rości sobie pretensje do totalnej władzy nad swoimi członkami to ciekawa rzecz, choć gdy czyta się powieść, to wyraźnie widać, że to nie sprawa jakieś pojmowanej abstrakcyjnie instytucji lecz ludzi ją tworzących; oficerów, podoficerów i zwykłych żołnierzy zasłaniających się jej wyimaginowanym autorytetem, niszczących człowieka w imię dobra armii tak jak je pojmują ale też i dla zaspokojenia własnej żądzy władzy.

Ale co najmniej równie ciekawe jak główni bohaterowie są stanowiące ich dopełnienie postacie kobiece. Jones wyprzedził współczesną modę na feminizm, biorąc za bohaterki żonę żądnego sukcesu oficera, do której przylgnęła łatka puszczalskiej oraz prostytutkę. O ile świat ich mężczyzn obraca się wokół wojska, to z nimi samymi sprawa jest znacznie bardziej skomplikowana. Jedna w swoich romansach usiłuje odnaleźć poczucie własnej wartości po tym jak utraciła je, okaleczona z winy męża, a druga... No właśnie. Trudna sprawa, znacznie trudniejsza - bo przecież nie rezygnuje z uprawiania swojego "zawodu", a cała jej przemiana polega na wydawaniu pieniędzy na utrzymywanie kochanka (czy jakby to dzisiaj powiedziano; partnera) i zadeklarowaniu zmiany życiowych planów ale przecież nic to w jej życiu nie zmienia. O ile pierwsza staje się niezależna w małżeństwie, które oznacza dla niej tylko formalny węzeł z mężem i uczuciową relację z dzieckiem, to druga wykorzystuje śmierć kochanka dla budowania własnej legendy, która pozwoli zbudować jej, zgodnie z wcześniejszymi planami, nowe życie oparte na kłamstwie.

To co zaskakuje, to fakt, że w książce niewątpliwie mogącej uchodzić za "męską" Jones poświęca tyle miejsca i tyle empatii postaciom kobiecym. Robi to tym większe wrażenie, że nie zupełnie nie widać w tym chęci przecierania jakichkolwiek szlaków ani tym bardziej podążania za modą i to między innymi czyni różnicę między "Stąd do wieczności" a jakimś kolejnym współczesnym wojennym bestsellerem, o którym słuch ginie jak tylko kończy się kampania marketingowa. Co tu dużo mówić, powieść w starym, dobrym stylu! 

czwartek, 9 marca 2017

Magiczne drzewo. Pojedynek, Andrzej Maleszka

Czasami lepiej chyba nie wiedzieć co czytają własne dzieci i co im się podoba. Od dłuższego czasu moja cierpliwość jest poddana próbie wytrzymałości bo w ramach wieczornego czytania zostałem skazany na lekturę cyklu "Magiczne drzewo" bijącego, podobno, rekordy popularności wśród dziatwy szkolnej i to pomimo tego, że znalazł się on, o zgrozo, na liście lektur w szkole podstawowej.  


Przez jakiś czas z rezygnacją znosiłem literacki wybór mojej latorośli, ale gdy dobrnąłem do końca "Pojedynku" a przede mną rysowała się perspektywa lektury kolejnej części cyklu, załamałem się. Takich bzdur obrażających inteligencję czytelników dawno nie czytałem. Rozumiem, że książka w której główną rolę gra magia z istoty swojej musi być niewiarygodna, choć z drugiej strony umiejscowienie jej we współczesnych realiach codziennego życia pozwala przypuszczać, że przynajmniej jeśli chodzi o tło, to powinniśmy mieć do czynienia właśnie z rzeczą trzymającą się rzeczywistości. Ale to tylko domniemanie, jakby powiedział prawnik, w dodatku domniemanie wzruszalne. 

Pod tym względem Andrzej Maleszka nie ma żadnych szans z powieściami Adama Bahdaja, Zbigniewa Nienackiego czy Edmunda Niziurskiego, nie mówiąc już o postaci głównego bohatera. Jego Kuki, podejrzewam, że wbrew intencjom Autora, to nieszczęśliwe dziecko, nieszczęśliwe w tym sensie, że bardzo ograniczone. Gdzie mu tam do chłopaków wspomnianej przeze mnie trójki autorów jest pozbawiony inteligencji, wyobraźni i zaradności. Jedynym narzędziem, które ma mu umożliwić realizację jego zamierzeń jest magia i jedynym remedium na wszelkie jego problemy jest magia. Bez czarodziejskich przedmiotów nie ma nic do powiedzenia i nic do zaoferowania. Wszystko sprowadza się do tego, że ma dostęp do magicznych przedmiotów, co za szczęściarz. Ale to wszystko można złożyć na karb koncepcji Autora - być może jego zamiarem rzeczywiście było stworzenie bohatera nie rozumiejącego słowa nie, idącego po linii najmniejszego oporu i w swojej ograniczoności nie potrafiącego wyobrazić sobie konsekwencji własnych czynów, sięgających dalej niż na wyciągnięcie ręki.

Na karb fantazji Autora można też złożyć oryginalne, bardzo oględnie rzecz ujmując, magiczne pomysły jak choćby w rodzaju stalowych rekinów z diamentowymi zębami, które odgryzają wyspę od skorupy ziemi. Cóż, niezbyt można powiedzieć. Niezbyt inteligentni bohaterowie, niezbyt inteligentne pomysły. W świecie magii wszystko jest możliwe, zwłaszcza magii w wykonaniu nieletnich.

Ale są też rzeczy, które odnoszą się już nie do magii lecz realiów, w odniesieniu do których logika szwankuje. Widać wyraźnie, że Autor "zapętlił się" się we własnych pomysłach (jak choćby tego, w którym zamienił ludzi w kury), z których wybrnął podobnie jak autor dreszczowca, którego bohater spada w płonącym samolocie, gdzieś na środku oceanu pełnego krwiożerczych rekinów by w następnym zdaniu odnaleźć się po tygodniu w luksusowym hotelu w centrum Nowego Jorku.

Owszem, rozumiem, że literatura dla dzieci ma swoje prawa i nie oczekują one wielkiej powieści realistycznej, ale wciskanie im knotów na zasadzie prawa serii, to jednak lekka przesada. 

środa, 1 marca 2017

Ocalenie, Joseph Conrad

Nie dziwię się, że książek Josepha Conrada nie ma na listach bestsellerów. Zrobił wszystko by się na nich nie znaleźć, choć przecież były czasy, gdy rozgrzewał publikę do białości, żeby przypomnieć jeden z najgłośniejszych krytycznoliterackich pojedynków Dąbrowska vs Kott. A dzisiaj? Dzisiaj nie do przyjęcia jest, że w powieści, w której miłość gra nie mniejszą rolę niż słynne "Conradowskie pojęcie wierności" nie pada żadne jej wyraźne wyznanie a w finale bohaterowie nie żyją długo i szczęśliwie. Tak, nie da zaprzeczyć, że to poważny mankament. I jeszcze ta niedookreśloność prozy Conrada. Niby podąża się za bohaterami z poczuciem, że mniej więcej się ich rozumie ale tak naprawdę pozostaje się z poczuciem niepewności wobec niemożności jednoznacznej oceny postaci. W takim "Ocaleniu" nawet tytuł okazuje się wieloznaczny i jest jest wdzięcznym polem do spekulacji o czyje (lub czego) ocalenie chodzi. 


Nie wątpię, że dzisiaj przypadkowe spotkanie kapitana statku i żony właściciela jachtu, który osiadł na mieliźnie gdzieś na Malajach, rodzące się uczucie między nimi z tłem w postaci malowniczych widoczków (zachody słońca nad morzem, piaszczyste plaże z palmami, śniedzi tubylcy) i dla ożywienia akcji, bitwami tubylczych plemion, nad którymi wisi cień potęgi i sławy dzielnego kapitana mogłoby być wyzyskane "bestsellerowo", a po blogaskach przez jakieś dwa tygodnie, może miesiąc, rozbrzmiewałby chór zachwytów. Ale na szczęście powieść Conrada to zupełnie inna kategoria dzięki czemu książka żyje znacznie dłużej niż trwa kampania marketingowa aktualnego czytelniczego hitu.

Inna rzecz, że przedstawiając problemy dla gimbazy zupełnie abstrakcyjne, książka skazana jest na status reliktu, czyli klasyki z wszystkimi tego konsekwencjami. Conrad podejmuje swój słynny temat wierności sobie, wierności wobec własnych przekonań i złożonych przyrzeczeń a więc tematykę w dzisiejszym świecie passé i zupełnie abstrakcyjną. O takich ludziach, jak główny bohater "Ocalenia" mówi się, że są nieelastyczni, a wiadomo, że tacy kariery raczej nie zrobią.

To poczucie wierności jest tak przemożne, że Tom Lingard nie waha się postawić na szali życia swego i innych, by dotrzymać danego słowa i nie na razić na szwank swego honoru. Cóż za zaślepienie! Tak, zdecydowanie był to człowiek "głuchy na subtelne głosy świata i ślepy wobec tajemniczych jego przejawów, który zawsze był gotów zmierzyć się z konkretną rzeczywistością, bez względu na warunki jak najbardziej nieoczekiwane, przerażające lub groźne, ale jak dziecko był bezbronny wobec ukrytych porywów własnego serca". I ta bezbronność go zgubiła. Przecież to takie takie proste, odwrócić się plecami widząc czyjeś kłopoty, może w odruchu dobrego serca, zdobyć się na słowa żalu i jakieś tłumaczenie. Owszem, przyrzeczenie pomocy, to piękna rzecz ale po pierwszym uniesieniu, gdy tylko głowa ostygnie, czas się wycofać. Nie trzeba się nawet tłumaczyć bo i przed kim, nie będzie się przecież biały tłumaczył przed jakimiś kolorowymi dzikusami. A tu nie dość, że bohater Conrada zabrnął w awanturę, która wcale go nie dotyczyła, to jeszcze nierozsądnie zainwestował swoje uczucie w kobietę, którą miał pecha przypadkowo spotkać.

Nie przeczę, Edyta Travers, bratnia dusza Izabeli Archer z "Portretu damy" nie tylko na nim zrobiła wrażenie, a i dla niej to było coś, co pozwoliło jej na częściowe choćby wyzwolenie, ze świata w którym się dusiła i który ją pętał. Poznanie Toma było dla niej czymś ożywczym, owszem "została pozbawiona wszystkich swych pewników i rzucona w świat pełen niemożliwości", konwenans zderzył się z pierwotnością, wyższe sfery z kompletnie różnym światem, podobno prymitywnym (ale nie dałbym głowy patrząc na intrygi nie mniej skomplikowane niż w świecie angielskiej arystokracji) ale przecież tego w gruncie rzeczy pragnęła. Do niej, tak jak i do Lingarda, stosuje się przekonanie, że "obietnica, dana przez szlachetnie urodzonego człowieka, żyje równie długo jak ten, co ją wypowiedział". Wszakże złożyła kiedyś obietnicę swemu mężowi, na którym się, poniewczasie, poznała. Mogłaby pójść za głosem serca, przeżywa przecież chwile uniesień, Tom ją fascynuje i pociąga ale przecież ona też kiedyś dała słowo. Musi wybierać - nieciekawy mąż, którego "udrękę tępego umysłu lękającego się instynktownie niejasności nasuwających możliwość nowych odkryć" widać jak na dłoni, człowiek, którego "zdumiewająca głupota jego pychy pozostała nietknięta" mimo, że tkwił w samym środku burzy i  mężczyzna, który olśnił ją sobą, i z którego czystości duszy i miłości zdawała sobie sprawę. Ale gdy Tom uzasadniając swoje postępowanie, mówił - "muszę dbać o swoje dobre imię. Na tym polega wszystko", tak i ona również musiała dbać o swoje dobre imię.

To co dla jej męża jest dziwacznością, ekscentrycznością, powodem do zażenowania z powodu zachowania Edyty, to dla tych, którzy mają otwarte oczy, umysł i serce, jest ona kobietą, z gatunku tych, które "są tęczowymi blaskami na twardej i ciemnej powierzchni ziemi" dla których "ludzie się trudzą na ziemi i pod ziemią; dla nich artyści wszelkiego rodzaju przeżywają natchnienia". Tylko co z tego, gdy okazuje się, że "nie uznawała absolutnie żadnych uczuć na świecie, prócz własnych" niezależnie od tego, jakie to były uczucia. To jest jej wyraz "pojęcia wierności", którym doprowadza do klęski Toma i przez który staje w jednym szeregu z własnym mężem, tą nieciekawą figurą, na której wartości już dawno się poznała. Po prostu wie, że należy do innego świata, którego porządek regulowany jest przez konwenanse, świata pozorów i kłamstw, które przyjmowane są za dobrą monetę. Ci, którzy usiłują się wyrwać "gubią się w labiryncie" prawdziwego życia i "kończą na tym, że nienawidzą samych siebie i umierają w rozczarowaniu i rozpaczy." Lepiej, już być tam gdzie się jest i próbować zapomnieć.

Conrad w szczytowej formie.

piątek, 24 lutego 2017

Pan Wołodyjowski, Henryk Sienkiewicz

Postanowiłem przypomnieć sobie, na stare lata, "Trylogię". Na pierwszy rzut poszła ostatnia jej część za sprawą sentymentu do "Przygód pana Michała", serialu, dzięki któremu, "za moich czasów", pustoszały podwórka. Komu wówczas ciarki po plecach nie chodziły, gdy ksiądz Kamiński (którego grał Andrzej Balcerzak) wołał "- Dlaboga, panie Wołodyjowski! Larum grają! wojna! nieprzyjaciel w granicach! a ty się nie zrywasz? szabli nie chwytasz? na koń nie siadasz?" Było, minęło. Dzisiaj, w czasach panowania pokolenia gimbazy wolę nie myśleć jaka byłaby reakcja dziatwy, o ile dobrnęłaby ona w ogóle do końca powieści.  


Nie da się ukryć, Sienkiewicz aż sam się prosi o kłopoty, poczynając od tego, że jego zagadką pozostanie, dlaczego "Pana Wołodyjowskiego" nazwał powieścią "dla pokrzepienia serc", bo przecież wcale nie jest to lektura krzepiąca. Cóż bowiem jest krzepiącego w perypetiach miłosnych mężczyzny w średnim wieku, żałosnego w swych poszukiwaniach żony? Czy krzepiący jest łgarz i alkoholik stojący jedną nogą nad grobem, ze swym cokolwiek podejrzanym stosunkiem do młodej kobiety? A i jakoś nieszczególnie krzepi świadomość, że jego interlokutorzy pozwalają robić z siebie durni, od czasu do czasu tylko zachowując przytomność umysłu i zdobywając się na nieśmiałą wzmiankę o rzeczywistym stanie spraw. Czy krzepiąca ma być obrona Kamieńca Podolskiego - ta "piękna katastrofa" dowód "bezsilności całej Rzeczpospolitej", do której doprowadziły "tłumy niezdolne (...) szczęśliwie nawą Rzeczypospolitej na ciche wody pokierować, bo głowy ich pogrążone były w mroku i ciemności, a serca przeważnie popsute", samobójstwo tytułowego bohatera albo wyczyny Adama Nowowiejskiego, który dla zaspokojenia osobistej zemsty morduje niewinnych ludzi? Jakoś nie wydaje mi się.

Nie żebym nie dostrzegał krzepiących akcentów, jak finałowe zwycięstwo pod Chocimiem czy przecieranie szlaków feminizmowi. Tak, tak... to nie pomyłka. Co prawda celem życiowym pań jest wyjście za mąż (każda z panien w powieści "czuje wolę bożą" choć nie każdej dane było ją zrealizować), a mężczyzn ożenek i spłodzenie jak największej ilości dzieci, a mówiąc ściśle synów (Skrzetuscy biją pod tym względem rekord, pozostawiając daleko w tyle Kmiciców i Ketlingów, spuszczając wstydliwą zasłonę milczenia na państwa Wołodyjowskich) ale przecież Barbara Wołodyjowska domo Jeziorkowska przełamuje tabu; nie dość, że jest obruszona nacechowanym poczuciem wyższości stosunkiem mężczyzn do kobiet, to jeszcze walczy z mężczyznami jak równy z równym, no i, o zgrozo, nie jest od tego by zamienić od czasu do czasu babskie fatałaszki na męskie odzienie. Uważny czytelnik może dostrzec też pierwociny problemów poruszanych przez feminizm drugiej fali, wówczas gdy Wołodyjowski rozróżnia posesjonatkę od "pierwszej lepszej dziewki pokojowej", gdy ogarniają go wyrzuty sumienia z powodu pocałunku. Aż dziw bierze, że dotąd jeszcze żadna krytyczka literacka nie dokonała nowego feministycznego/genderowego odczytania "Pana Wołodyjowskiego", posiłkując się Lacanem, Deridą, Irigaray i kim tam jeszcze.

A byłoby co odczytywać, oj byłoby, bo obok tematów damsko-męskich niejedno by można było napisać choćby o specyficznej religijności bohaterów powieści, której kwintesencją jest samobójcza śmierć "małego rycerza", która stanowiła przecież naruszenie piątego przykazania. Nawiasem mówiąc, ciekawe, jakim cudem jego zwłoki przywalone ruinami, znalazły się w Stanisławowie, że nie wspomnę o uroczystym, kościelnym pogrzebie samobójcy.

Ale już tak na serio, jakby nie patrzeć na kwestię "pokrzepienia serc", zwłaszcza w dzisiejszy czasach (w których patriotyzm rozumiany jako poświęcenie życia na ołtarzu ojczyzny i wiary jest zagadnieniem teoretycznym, na szczęście), "Pan Wołodyjowski" ciągle pozostaje powieścią "płaszcza i szpady", przygodowym romansem historycznym. I to jest jego szansa, fakt że niewielka. Bo moda na ten gatunek przeminęła, zdaje się, bezpowrotnie. Nieźle jest, jeśli nazwiska Dumas i Scotta w ogóle są kojarzone, przygody ich bohaterów zostały wyparte przez zombie i wilkołaków. No i gdzie tam miłosnym perypetiom związku Basi i Michała do Anastasii i Christiana. Kto dzisiaj doceni piękną polszczyznę, potoczystą i bogatą, skoro powieść śmieszy i drażni swoim anachronizmem w szeroko pojętej warstwie obyczajowej a i schematycznością przedstawianych postaci, których osobowość jest równie skomplikowana jak konstrukcja cepa - jeśli jest ktoś dobry, to jest dobry i już, a jak zły, to zły. Czytelnik ma tu jasno wyłożoną "kawę na ławę" nie poznaje "tajni dusz" bohaterów bo i co ma w nich poznawać. Ale nie wymagajmy zbyt wiele, jak na przygodowy romans to w zupełności wystarczy. W tej mierze "Pan Wołodyjowski" jest nie gorszy od niejednej książki Dumasa. Marna to jednak pociecha, skoro tak jak one, odchodzi powoli do lamusa. Trochę szkoda.